-
Frnacja 2007 | "Ireneusz Dyła" <idyla@opole.gddkia.gov.pl>
12. sierpnia
Wyjazd. Trochę marudzenia, trochę cykora,
waciane nogi. Ręce też. Jak wsiąde i nie
wyglebię to będzie sukces. Czyli stały rytuał
przy wyjeździe. Godzina chyba 9. Szybko na
autostradę do Opola, przejście graniczne w
Głubczycach. Jesteśmy w Czechach...i nie
pada. Pierwsze 100 km za nami. Robi się
luźno. Winkle coraz śmielej pokonywane.
Ołomuniec, Brno, Mikulov. Stop. Jak się już
najeździliśmy to teraz musimy coś zjeść.
Austria. Do Wiednia jakieś 80 km. Co tam,
przecież znam Wiedeń jak własną kieszeń.
Umówiliśmy się, że ja prowadzę, a Kefir
zajmuje się kwaterunkiem szeroko pojętym.
Dojeżdżamy do Wiednia. Wioski, wioski, a w
nich światła, światła. Nie wolno się głupio
gapić na mapę w czasie jazdy. Wiem, że nie
wolno. Gapię się bez przerwy bo przecież
prowadzę. Tylko po co sie gapię jak znam
drogę. Jest prosta i nie ma co wydziwiać. Ale
sie gapię. Wyprzedzam jakiegoś Austriaka na
GS500. Macham. Przede mną 100m i zielone
światło na sygnalizatorze. OK. Schylam łeb,
gapię sie mapę. Na budziku rejestruje jakieś
80 km/h. Podnoszę łeb, widzę czerwone
światło na sygnalizatorze i wjeżdżający na
skrzyżowanie z prawej jakiś czerwony
samochodzik. Kurwa, jestem na kolizyjnym na
100% i chyba już nie wiele zostało mi do
roboty. Zaczynam heblować. Przód piszczy.
Samochodzik się zatrzymał, ale to mi nie
wiele daje bo i tak wiem, że jest za szybko.
Puszczam hebel i zaczynam próbować omijać.
Samochodzik ruszył do przodu i już pozbawił
mnie resztek nadziei. Mocny wychył w lewo,
gaaaaaaz i niech sie dzieje wola najwyższego.
Zaczyna się wszystko w zwolnionym tempie.
Widzę, że przód motocykla przechodzi przed
maską. Znaczy: ja będę żył, ale co mi z tego
jak z tyłu wiozę dziecko. Następne długie
godziny, w których nie czuje uderzenia w bok
tylko głuche szarpnięcie do tylu. Jest
zajebiście. Jeszcze nie wiem co się stało ale
wiem, że moje kolana przeszły, Oli kolana
przeszły. Może dupę mi urwało, ale mam to w
dupie. Huknęło, kiwnęło Buzą i pojechalim
dalej. Tato!!! moje rzeczy leżą na
skrzyżowaniu. Cicho! Nie mamy czasu
musimy jechać. Tato! zatrzymaj się tam jest
moja kosmetyczka. Jak pojadę dalej bez niej?
Staję. Nie bardzo chce, ale patrzę w lusterka.
Stoi czerwony samochodzik, stoi Austriak i
nieoceniony Kefir, który chodzi po
skrzyżowaniu i zbiera moje klamoty. Zostań, a
ja tam idę. Czerwony samochodzik jednak
trochę pogięty. Mi zdjęło kufer razem z płytą i
połamało trochę. Motocyklista Austriak
tłumaczył z niemieckiego na angielski i z
powrotem. Auslander!!! Żadnych numerów
polis i dżentelmeńskich uścisków dłoni. Ma
przyjechać Policja. No fajnie. Wjazd na
czerwonym, kolizja. Jak nie pójdę siedzieć to
z 1000 euro mandatu trzeba się będzie bardzo
cieszyć. Chłopaki przyjechały po 1.5 h
i...pokochałem austriacką Policję. Co się
stało?. Acha. Czy życzy Pan sobie, żebyśmy
kierowcę motocykla ukarali?. Nie, chce
jedynie potwierdzenia, że takie zdarzenie
miało miejsce, ponieważ będę tego
potrzebował w swoim TU. Proszę jechać za
nami. Po 2 godzinach na ichnim komisariacie
Pan Austriak dostał swój papier i zapłacił za
niego 40 euro. Ja dostałem taki sam i nie
zapłaciłem nic. Panowie Policjanci uścisnęli
mi dłoń i życzyli lepszych wakacji niż
dotychczas. Przy pomocy tradycyjnego
zestawu czyli power tape i 4 trytytytki
(czarne) kufer w 10min. był lepszy jak nowy i
wyruszyliśmy w dalsza drogę. Przez cały
Wiedeń nie wierzyłem w to co się stało. A
ponieważ stało się po raz drugi na naszym
drugim wyjeździe to obiecałem Kefirowi, że
już nic więcej się nie stanie. Chyba go to
uspokoiło, bo nie krzyczał na mnie. Graz -
Klagenfurt, piękny kawałek autostrady z
szybkimi winklami i piękna pogoda. W Pingau
zjeżdzamy z autostrady do miasteczka. Po
kilku rundach i pomocy klimatycznego
dziadka lądujemy w sympatycznym
pensjonacie za 25 euro na twarz. Wieczorny
spacer i piwo pozwoliły nie myśleć co by było
gdyby, tym bardziej, że przecież obiecałem,
że raz to był już ostatni.
13. sierpnia
Cudna pogoda od rana. Kefir pląsa wśród
masła, dżemów, plasterków salami, szynki,
sera i pajd chleba konwersując z gospodynią.
Fajnie było ale czas w drogę. Jedziemy małym
skrótem i pod Grazem pakujemy się na
autostradę do Klagenfurtu. Mówiłem już, że to
piękna droga? Chyba tak. Z Klagenfurtu na
Willach, i tu wyczaiłem na mapie fajną dolinę
pomiędzy Włochami, a Austrią. Wjechaliśmy
do niej kawałek za Willach drogą nr 111 i w
uroczych okolicznościach przyrody
nieśpiesznie podążaliśmy w kierunku Włoch.
Dobry czas się skończył w połowie doliny
razem z dobrą drogą. Zaczeło padać i droga w
wioskach zaczeła być szerokości sieni w
ichnich chałupach. Kondona włóż, kondona
zdejm i da capo al fine. Późnym popołudniem
przekraczamy granicę i jedziemy w kierunku
Cortina d'Anpezzo. Kurort jak jasna cholera.
Taki, że na wjazd trzeba sobie chyba zasłużyć.
Po dwóch godzinach jazdy na półsprzegle i
1.biegu dostapiliśmy zaszczytu zobaczenia
czegoś na kształt Międzyzdrojów tylko w stylu
tyrolskim. Ładnie tu, ale zabierajmy się stąd
zanim pokończą się tarcze sprzęgłowe. Jak
jeszcze ktoś nie skumał to spieszę donieść, że
Włosi w sierpniu mają nakaz urlopowy i
wszyscy chyba przyjechali w Dolomity. Aha,
no i zaczął padać deszcz. Jazda po mokrych
Dolomitach to średnia przyjemność , a miało
być tak pięknie. Jedziemy i zaczynamuy
powoli szukac noclegu. To najbardziej
upierdliwe zajęcie w ciągu motocykolwego
dnia. Zatrzymaj się. Zdejmij kask. Idź zapytaj.
Wróć i poinformuj coś się dowiedział. Cena za
twarz 30 euro i wzrasta. Ni chu chu. Tyle nie
zapłacimy.Wjechaliśmy na jakiś płaskowyż z
dolomickimi widokami i zaczyna robić się
ciemno. Pada pierwsza odważna propozycja,
żeby się zadekować w bocznej dróżce, rozbić
w niewidocznym z drogi miejscu i kimnąć na
zająca. Jestem w mniejszości, więc jedziemy
dalej. Kolejny kurorcik. Hurra jest pole
namiotowe...ale nie ma miejsc. Jedziemy
jeszcze dalej. Mijamy pole ze dwa razy i
metodą kolejnych przybliżeń z pewną
nieśmiałością podjeżdżamy do recepcji. Do
akcji wkracza intendent Kefir i po kilku
chwilach dumnie wskazuje follow my.
Rozbilim się na skraju pola, nad rzeczką i
ciemno już było. Płyta od kufra w Buzie robiła
za stolik okolicznościowy na kolację, którą
zeżarliśmy chyba razem z tą płytą i stelażem
od kufra. Idziemy lulu.
14 sierpnia
Optymizm wraz z pogodą rośnie. Zgodnie z
planem dzisiaj mamy dojechać nad takie
jedno polodowcowe jezioro we Włoszech
zwane Lago di Garda, a dokładnie do mieściny
pt.Riva del Garda. No to jedziemy.
Kilometrów mamy jakieś 250 do zrobienia.
Tempo więc ma być turystyczne. No i było,
nawet bardzo. Do Predazzo jak komuś udało
się włożyć 2 to był miszcz. Kefir w obrysie
kufrów miał 90cm, ja 110cm. Te 20cm
okazało się być zabójcze na zakorkowanej
drodze szerokości 6m. Więc 1. troche do
przodu. Stop. Trochę luzu na lewym pasie.
Ogień. Wcisk na żywca na swój pas. Stop. I
tak 50 km. Gehenna przy tym to raj.
Wentylatory w motocyklach mimo chłodnej
pory fruwały jak oszalałe. Nigdy więcej
Włoch w sierpniu. Kawałek za Predazzo
włączam 2 i nie bardzo wierzę w widok
wskazówki na 60 km/h. Jedziemy coraz
szybciej. Kawałek przed Trydentem (Trento)
już zapomnieliśmy o korkach i w normalnym
podróżnym tempie podziwialiśmy okoliczne
winnice i sady. Zaczyna padać. Z Trydentu
kierujemy się lokalną drogą na kierunek Riva
del Garda, czyli do miasta gdzie Kefir spędził
najpiękniejsze tygodnie swego życia ;-) Taka
tam wycieczka sentymentalna. Leje już jak
cholera. Zasrana pogoda. Wyjeżdżamy z
kolejnego winkla zza góry i co widzimy:
piękne słońce, palmy i miasteczko w stylu
późnego imperium. Cud...albo fototapeta.
Żeby sprawdzić jedziemy dalej. Kefir zna
teren wiec przeprowadza nas przez miasto na
kemping. Miejsca są, a właściwe 1 miejsce
dzielone z młodymi Szwajcarami na pół, tuż
obok centrum kulturalnego pola namiotwego
czyli pralni, kibli i natrysków. Super widok
kiedy obserwujesz jakie potwory rano suną w
tamtym kierunku, i jakie cuda chwile później
się stamtąd wyłaniają. O kobietach mówię - to
fakt oczywisty. Nasi Szwajcarzy to
ekstremiści rowerowi. Co jakiś czas podsuwali
Kefirowi jakieś hard trasy do przejechania.
Tak nam się zrobiło dobrze, że
postanowiliśmy zostać 2 dni. Dnia pierwszego
wyruszyliśmy w góry w poszukiwaniu
miasteczka o pięknej nazwie: Madonna di
Campiglio. Mapy mieliśmy tak dobre, że nie
znaleźliśmy nic takiego. Za to zobaczyliśmy
kilka pięknych widoczków i poobcieralismy
się na serpentynach wykutych w skale. Fajnie
było, a zapowiadało się tragicznie. Na
pierwszym skrzyżowaniu Kefir zjechał na
ichni CPN i stwierdził, że brak płynu
chłodzącego jest. Demontaż motocykla i
szukanie: skąd ten wyciek. Po Kefirowej
głowie przelatują horrory w stylu
USZKODZONA GŁOWICA i w ogóle jeden
wielki disaster. Wlał 1.5 litra wody i myśli.
Wszystko jednak zaczęło zmierzać w kierunku
lepszym niż uszkodzona głowica. Termostat
się odblokował i zaczął w miarę normalnie
funkcjonować. Wyszło na to, że biedak dzień
wcześniej nie dał rady w dolomickim korku.
Zrobilismy małą wycieczkę po okolicy.
Trochę się Triumph jeszcze boczył ale już nie
wypluwał całego płynu. Biorąc pod uwagę
podły nastrój właściciela zjechaliśmy do bazy
w miarę wcześnie. Supersmaczne tortellini z
supersmaczym sosem z supermarketu
włoskiego wprawiły nas w superchumor. Ja z
Olą poszedłem nad superjezioro, a Kefir oddał
się rozmyślaniom nad korkiem do chłodnicy,
który nieoczekiwanie zaczął być w kręgu
podejrzeń. Jezioro polodowcowe, całkiem,
całkiem. Usytuowane pomiędzy stromym
masywem górskim, a trochę mniej stromym
masywem górskim. Z wiatrami o włoskich
nazwach i niewątpliwe morskim charakterze.
W sierpniu i wrześniu temp wody 22 st.
Windsurferów jak nasrał. Skrzyżowanie w
Delhi jest chyba mniej zatłoczone. Dnia
drugiego po wiwisekcji korka do chłodnicy
podjęliśmy drugą próbę dotarcia do Madonna
di Campiglio. Cholera wie po co się tak
uparliśmy. Miasteczko, kolejny kurort z
zamkniętym przelotem czyli wyłączonym z
ruchu środkiem miasta. Można wjechać od
północy lub od południa. Przejechać nie
można. Wracaliśmy drogą na południe przez
góry i z powrotem po zachodniej stronie
jeziora tuż na brzegiem. Ładna droga. Na
obiad supersmaczne tortellini itd.
Noc była czarna jak sumienie szefa partii
rządzącej kiedy nagle usłyszeliśmy krople
deszczu o namiot. Wszystkie szmaty na całym
polu były oczywiście powieszone na
sznurkach. Ponieważ deszcz usłyszeli
wszyscy, więc o godz. 2.00 pole namiotowe
ożyło. Wszyscy wyszli i przy okazji zwijania
szmat odbywali wesołe pogawędki tu i ówdzie
zaczęła się montować jakaś impreza.
Szwajcarzy też wyszli, ale chyba ich troche
zamuliło bo zamiast zbierać wiszące na
sznurku szmaty zaczęli cos mamrotać w
dziwnym języku i wzięli się za segregowanie
śmieci.
17 sierpnia
Jedziemy na skuśkę przez Włochy. Plan:
dojechać jak najdalej. Jak się da to do Nicei.
Warunki przejazdu: wszystko tylko nie płatne
autostrady. Jest cholernie gorąco. Znaną już
wcześniej trasą wzdłuż jeziora wyruszamy w
kierunku Brescii. Dobrze idzie. Odbijamy na
Cremonę i po małym zagapieniu znowu
dobrze jedziemy. Jest coraz bardziej cholernie
gorąco. Trzeba pić dużo wody nawet jak się
nie chce. Mijamy Piacenzę kierujemy się na
Alessandrię. Zaczynam szukać stacji
benzynowej. Jest ich pełno, jest sjesta i są
zamknięte. Sjesta trwa u nich o ile zdążyłem
się zorientować od 12.00-18.00. Nawet
markowe stacje były pozamykane. W końcu
jakiś Shell wszechmogący się zlitował i dał
paliwa. Jest 33 st. w cieniu, ale co nas
interesuje cień. My jedziemy w pełnym
słońcu, no a tam jest znacznie więcej.
Krajobraz, że szkoda gadać. Coraz bardziej
utwierdzam się w przekonaniu, że Włochy to
kraj ponury. Kukurydza, kukurydza i
kukurydza. W środku miasta na kawałku
wolnej przestrzeni też kukurydza. Obrazy znad
jeziora zostały błyskawicznie wykasowane na
rzecz wszechobecnej kukurydzy. Mijamy Ast,
Albę i kierujemy się na Cuneo. To ostatnie
większe miasto przed granicą francuską.
Zostało 20 km ale mamy już serdecznie dość
tej jazdy. W Limone zjeżdżamy na camping.
Widzę, że Kefir coś nie bardzo kontaktuje.
Zmęczony pewnie. Na campingu nie ma
miejsc. To był cios. Wsiedliśmy co prawda na
motocykle i pojechali dalej przez tunel pod
Col de Tende do Francji, ale zaraz za nim
zdecydowałem, że stajemy i coś trzeba zjeść
po całym dniu jazdy. Poodpoczywamy z
godzinkę, wsiadamy, jedziemy i stajemy na
pierwszym możliwym campingu. Miasteczko
nazywa się Tende. Pole namiotowe miejskie,
usytuowane w dolinie rzeczki. Całkiem
sympatyczne z trudnym dojazdem. I są
miejsca !!! Zostajemy znowu dwa dni żeby
objechać to i owo co się napotka. Z Kefirem
już w miarę dobrze.
Pierwszego dnia ekipa postanowiła odpocząć
od siebie. Ja z Olą bez konkretnego planu
udaliśmy się na raczej dalszy rekonesans w
poszukiwaniu Route des Grandes Alpes, Kefir
postanowił odpocząć i udać na raczej bliższy
rekonesans. Rzut oka na mapę wskazywał
kierunek, tak dokładnie, że po kilku
kilometrach pojawiły się znowu włoskie
napisy. Tato, jesteśmy we Włoszech. Eeee, coś
ci się przywidziało. Przecież jedziemy na
zachód, a nie na wschód. Tak, to był błąd w
nawigacji i to były jednak Włochy. Nadal
jednak potrzebny był nam jakiś kierunek
zachodni. Jak trzeba to się i znalazł, ale tak
nam dał w dupę, że jak na rozgrzewkę to było
jednak trochę za dużo. Niechcący wjechaliśmy
na 1477m w kilku nawrotkach. Ponieważ
jednak na przełęczy zanalazł się interesujący
nas drogowskaz to uznalismy, że jakiś
pozytyw w tym jednak był. Jedziemy do
Sospel. Nie wiem po co, ale jedziemy.
Miasteczko w górach jak każde w tamtym
rejonie. Fajne. Kiwło nas lekko w prawo i po
paru metrach zobaczyliśmy tablicę z napisem
Route des Grandes Alpes. No miodzio!
Przecież tej drogi szukamy. Teraz będzie o
drodze. Jest to trasa w górach biegnąca z
północy na południe, albo jak kto woli z
południa na północ. Ma 700 km, jest wąska i
cholernie kręta. Ale jak piszę cholernie kręta
to nie żartuję. Jeździł ktoś po wielokrotnie
nawracających pochylniach dla
niepełnosprawnych? No, to tam jest tego pełno
w 7-8 krotnych nawrotkach, na początku
pokonywanych na 1 biegu, po dojściu do
wprawy płynnie na 2. Nie bardzo można
podziwiać widoki w czasie jazdy, bo jest
wąsko i trzeba pilnować przodu, żeby nie
nadziać się na coś z przeciwka. A jeżdżą
różnie. Pokulaliśmy się troche i odbilismy na
drogę do Nicei, żeby morze zobaczyć. Nicea
to fajne miasto jak się chce do Cannes
dojechać albo innego Monaco. Jak trzeba
jednak znaleźć jeden jedyny w mieście
drogowskaz na Sospel to już robi się kłopot.
Czego to jednak wszechmogący nie robi dla
skonanych podróżnych. Stoimy w beznadziei
na skrzyżowaniu za jakimś autobusem
zasłaniającym cały świat. On rusza, a nam
odsłania się piękny drogowskaz z napisem
SOSPEL w lewo. Dalej jak po maśle. Z tego
szczęścia zapomniałem zatankować. Na
przełęcz wjechałem, z przełeczy na luzie i z
modlitwą o jakiś zabłakąny CPN zanim
skończy się spadek. No i się znalazł. Dalej
proza. Wjechalim na biwak. My
opowiedzieliśmy swoje, Kefir swoje. Po 3
piwa na twarz i do wora.
19 sierpnia
Rano decyzja, że jedziemy Drogą Wielkich
Alp, jakieś 200 km później odbijamy na
Prowansję i zobaczymy co dalej. Jako, że
pierwsza część trasy była mi już znana
mogłem trochę więcej pooglądać. Jest na co
popatrzeć. Jak się znudzi to za chwilę są nowe
obrazy. Trasa najczęściej prowadzona
trawersem na prawie pionowej skale. W górę i
w dół. Tak bez końca. Widzisz w górze miasto
wiszące na skale. Za chwilę to samo miasto
oglądasz już będąć 500m w pionie nad nim.
Niesamowite. Krajobraz się zmienia na dolinę
jakiejś rzeki. Kolor skał: pełnebordo. Jakiś
absurd. Tunele na naszym kierunku. Na
kierunku przeciwnym chlopcy kręcą
precyzjnie zgodnie z linią kanionu na
krawędzi. Skały dalej bordowe. Mimo jazdy
trochę na czuja udaje się utrzymywać
właściwy kierunek. W Guillaumes rozstajemy
się z trasą alpejską i jedziemy na południowy
zachód do Prowansji w okolice kanionu rzeki
Verdon. Ma 700m w najgłębszym miejscu i
jest najpiękniejszym kanionem w Europie (tak
piszą). Stajemy w Castellane i zakładamy
kolejną bazę. Ponieważ zwijaliśmy się rano na
mokro to pierwszą czynnością było
rozwieszenie sznurka między motocyklami i
suszenie szmat. W międzyczasie rozbijały się
namioty, pompowały materace i robiło
jedzenie. Wieczorem spacer po mieście, w
którym na najmniejszym kawałku placu
wszyscy grają w bule. Nie wiem dokładnie o
co w tym chodzi ale ich to bardzo zajmuje, a
polega na rzucaniu metalowymi kulami tak
aby coś tam osiągnąć. Punkty jakieś, znaczy
się. Trochę hipnotyzuje obserwowanie tej gry
jak nie wiadomo o co chodzi...a co dopiero jak
wiadomo. Restauracje pełne ludzi
obżerających się chyba jakimiś smakołykami.
Zazdrościmy im, ale szanujemy to. My po
pierwsze primo nie znamy tych przysmaków
(poza pizzą) zupełnie, a po drugie primo
szkodaby nam było zamówić coś na pałę i
zapłacić jakieś kosmiczne pieniądze w stylu
50 euro na twarz i podjąć ryzyko
nienajedzenia się. Stanęło na puszce Coca-
Coli i pasztecie z Polski (albo coś w tym
stylu). Próbowaliśmy ratować sytuację jakim
zestawem serów z supermaketu, ale bardziej
przypominało to zabawę w wykwintne
jedzenie niż owo jedzenie w rzeczywistości.
Tak czy siak poudawaliśmy trochę i było
sympatycznie. Jak dzieci.
Rano urodziła się koncepcja żeby objechac
kanion rzeki Verdon i kulnąć się na drogę
zwaną lawendową. Zaczęło się źle, bo od
zabłądzenia. Później było lepiej bo trafilismy
na właściwą drogę i zaczęliśmy jechać
krawędzią kanionu. Trzeba zobaczyć. Aparat
nie obejmuje. Słowa nie oddają. Potężne to i
strasznie kolorowe. Droga od krawędzi
oddzielona jakimś symbolicznym murkiem,
albo lekką drewnianą barierką. Trasa kończy
dojazdem do jeziora i stamtąd ruszyliśmy na
poszukiwanie drogi lawendowej. Uparłem się
bo miałem nadzieję, że mimo tego, iż zbiory
lawendy skończyły tydzień przed naszym
przyjazdem to coś lawendowego uda się
zobaczyć. No i udało się. Pole młodej
lawendy, które jeszcze nie nadaje się do
zbioru. Widok szczególny. Trochę niebieski.
Zapach ogłupiający. Wracając, w Riz
kupiliśmy trochę pocztówek. Z tymi
pocztówkami to fajna sprawa. Nie ma sensu
silić się na własne zdjęcia. Widok pól
lawendy, które były na nich wygenerował
jedno postanowienie: muszę to kiedyś
zobaczyć na żywo. Powrót. Supermarket.
Tanie piwo. Tanie sery. W ogóle wszystko
tanie. Zakupy nie mieszczące się na
motocyklu i 15 euro rachunek. Rano w ramach
poszukiwań dobrej pogody wychyliłem łeb
zza bramy campingu i widzę tablicę z napisem
Route de la Lavande. Nosz kurwa mać, dzień
wcześniej szukałem tej drogi po całej
Prowansji.
21 sierpnia
Rano pochmurno ale nie tragicznie. To dzień
kiedy zaczynamy wracać do domu. Dla mnie
to zawsze ten najlepszy dzień. Plan: dojechać
jak najdalej za Grenoble może nawet do
Chamonix. Kierunek na Digne. Zaczęło padać
już przed Gap. Jedziemy tzw. Drogą
Napoleona N85. To ta sama droga gdzie w
okolicach Vizille wyautował się nasz autobus.
Leje coraz bardziej. Trudno nawigować jadąc
w korytarzu autostrady i nie wjeżdżac na nią
kiedy główne oznakowanie wypycha wciąż na
autostradę. Jakoś dajemy radę. Przejeżdżamy
obok miejsca wypadku. Prosta droga, wygląda
na bułkę z masłem. No i ten zakręt 90 st.
widoczny chyba na kilometr. Przejeżdżamy.
Zapominamy. W Grenoble walimy przez
środek wsi i wylatujemy na Albertville czyli
miejsce organizacji Zimowych Igrzysk
Olimpijskich w 1992 roku. Eeee, miasto jak
miasto. Czas w odróżnieniu od pogody nam
sprzyja. W Albertville pytam, czy jedziemy
dalej. Skoro zostało 60 kilometrów i 3-4
godziny do zmierzchu to jedziemy do
Chamonix. Deszcz już leje nie pada. Zaczyna
się znowu kurortowa jazda. Waska kręta droga
przez miejscowości i dużo samochodów.
Przebijamy się. Jedzie sobie tir z przeciwka.
Leniwie go obserwuję, tym bardziej, że jedzie
na jezdni obok. Nagle tir zniknął, a ja widzę,
że z przeciwnej jezdni nadchodzi tsunami. Ja
cież pierdole! 4 m ściana wody. Nie było
wyjścia wziąłem na klatę, wylądowałem
telemarkiem i ustałem. W celu pozbycia się
wrażeń jadę dalej, ale coś widzę, że Kefira nie
widzę. Jako, że już odrętwiałem od tego
deszczu to trochę mi poczucie czasu zaczęło
fiksować. Stanąłem i czekam. Mija 10 minut.
Zgubił się czy glebnął? Jedno i drugie
prawdopdobne bo warunki jazdy były fatalne.
Nie bardzo mogę zawrócić bo droga jest
dwujezdniowa. Postanowiłem czekać do
wiosny to najpewniejszy sposób wyjaśnienia
sprawy (znaczy, jak spod śniegu wyłonią sie
zwłoki). Wiosna nadjechała po 5 minutach.
Powiedziała, że straciła czucie w ręcach i nie
mogła namacać klamek, więc stanęła, żeby się
rozgrzać. He, he rozgrzać, chyba w światłach
motocykla. Rękawice lały się strumieniem
wody. Faktycznie trzeba było trochę czasu
żeby znaleźć ręce. No, ale najważniejsze to
wsiąść i ruszyć. Jedziemy już tak w stylu niósł
ślepy kulawego, a do Chamonix jeszcze całe
10 km. Jakiś koszmarny dystans. Deszcz.
Mgła. Chamonix. Masywa Mont Blanc można
dotknąć, ale nie można zobaczyć. Pierwsze
pole. Szukamy tylko czegoś pod dachem. Z
oczywistych względów - jak mawia premier -
namiot nie wchodzi w grę. Chociaż taka myśl
początkowo mi zamajaczyła, ale jak
popatrzyłem na Olę, to sobie pomyślałem, że
dzisiaj to położę ją spać choćby w Hameau
Albert po 180 euro za twarz. No więc
pierwsze pole, domków i przyczep brak,
drugie pole o ciepłej nazwie Deux Galciers
(dwa lodowce) to samo. Trzecie pole
podobnie. Jesteśmy uparci i posuwamy się do
przodu. Pierwszy hotel miejsc brak. Drugi
hotel des Lacs (jeziora - coś chyba z nimi nie
tak, że wszystko maja podwójne) miejsc...a są.
Dwupokojowy apartament za 80 euro. Bajka.
Z jednego okna widok na mchy i porosty
skalne, z drugiego chyba na góry. Nie widzę,
bo pada. Nie jest dobrze. Do tej pory pogoda,
mimo incydentalnych opadów raczej była nam
miła, jednak właśnie dlatego zrezygnowaliśmy
z podróży całą drogą Wielkich Alp - z powodu
niepewnej pogody. Przez trzy dni proszę
Kefira: poproś Watsona żeby nam podał jakąś
prognozę pogody na Alpy francuskie i po
trzech dniach Kefir relacjonuje, że Watson
pisze, że nam zazdrości wycieczki i nas
pozdrawia. A gdzie kurwa prognoza! Nie
pisze. Chyba myśli, że żartujemy - mówi
Kefir. No więc nie podejmowaliśmy ryzyka
wkurwiania się na zamglonych serpentynach
przez 3 dni, na rzecz dobrze zapowiadającej
się Prowansji. Udało się tamto, a teraz udało
się dojechać do Chamonix. Ale pada. Jestem
dwa kroki od Mont Blanc i wygląda na to, że
go nie zobaczę. Serce mi krwawi (jak mawia
była pierwsza first lady) bo nie chcę, ale będę
musiał tu wrócić. A wracając do ruiny mojego
planu; wieczorna teza - nie jest możliwa taka
zmiana pogody żeby jutro rano można było
wjechać na szczyt Aquille di Midi (to ten obok
Mont Blanc).
Rano. Otwieram jedno oko jak Garfield,
otwieram drugie. Widzę niebieskie. Eee, to
taka pętla czasowa we śnie. Nie trzeba się tym
przejmować. I tak wiem, że w realu pada.
Może jednak trochę dłużej potrzymam te
otwarte gały. No niebieskie, naprawdę
niebieskie. Najpiękniejszy kolor na świecie.
Biorę aparat i lecę na miasto. Jest 8.00.
Masyw Mont Blanc jest ustuowany po
południowej stronie Chamonix na osi wsch-
zachód. Nooo ludziska, zobaczyć te
oświeltone wschodzącym słońcem białe
płaszczyzny piramidalnych kształtów gór z
jednej strony i czarne nieoświetlone z drugiej,
a to wszystko na tle niebieskiego. Nie
widziałem jeszcze takich rzeczy. Gęba
otwarta, apart fotograficzny wraz ze szczęką
na ziemi, stoję i gapię się. Słońce wschodzi
dość szybko więc i zjawisko ulotne.
Pogapiłem się i idę szukać wejścia tam gdzie
4km wyżej błyszczy coś złotego na czubku.
Znalazłem wejście. Pusto jakoś. Ani jednego
Japończyka. Uuuu, niedobrze, oni są przecież
wszędzie, a może to nie to. To. Sprawdzam
ceny. Patrzę w lewo w prawo czy za 15 min
pogoda się nie spierdoli i lecę do hotelu po
ludzi. Jemy śniadanie i pierdziutko do kolejki.
Wjechalim na 3 z 4 etapów i wrócilim. Zeszło
3 godziny z okładem. Widzę te góry do teraz.
Gadać o tym nie ma sensu. Zdjęcia tylko
denerwują, bo to popłuczyny po wrażeniach.
Godz 16.00 po zakupie pamiątek i innych
pierdół krótka narada przed trasą. Jest
koncepcja żeby przeciąć Szwajcarię na pół i
przebijać się na kierunek niemiecki.
Autostrady w Szwajcarii ponoć są bezpłatne.
Problem polega na tym, że jak już wybrało się
kierunek na Szwajcarię to nie bardzo można
się cofnąć. Jesteśmy na granicy i wygląda na
to, że jak chcemy autostradą to 27 euro za
motocykl. Rozbój w biały dzień. Decydujemy
się jechać przez Szwajcarię na wschód i dalej
gdzieś wbić się do Niemiec albo Austrii. Pod
nami jak na dłoni widać miasto Martigny, a
przez jego środek biegnie piękna prosta
autostrada do Lozanny i Zurichu. A kysz, ty
czarownico, my musimy dymać jakimiś
podrzędnymi drogami. Dymaliśmy całe trzy
ronda, na których po 5 krotnym objechaniu
każdego, stwierdziłem brak jakiegokolwiek
interesujacego mnie kierunku w postaci nazwy
miasta na wschód. Wszystkie za to pięknie
prowadziły na Lozannę. Szybki rzut oka w
lusterka co porabia legalista Kefir i
korzystając z chwili nieuwagi zaciągnąłem go
na autostradę. Póki co miałem dla niego
wymówkę, że przecież jedziemy wspólną
drogą o numerze autostrady i jakiejś
regionalki. No i skończyła się regionalka,
została tylko autostrada, a Kefir chyba się już
połapał o co biega, bo zwolnił do 90km/h.
Jakby wolna jazda miała go uchronić przed
czymkolwiek. Ukarają go za tarasowanie
autostrady jak nic. Jadę jak wszyscy i próbuję
podciągać Kefira na widoczność tablicy
rejestracyjnej. Trudno złapią mnie, on
pojedzie. Ale właściwie po co mieliby mnie
łapać skoro nie wydziwiam i jadę jak wszyscy.
Szwajcarzy wcale tacy święci nie są. Jadą i
grubo ponad 130km/h całymi watahami, nie
wiele się przejmując. Mijamy od wschodu
Jezioro Genewskie. Późne popołudnie i ładny
widoczek. Mam już dość widoczków jadę do
domu. Z każdym kilometrem zbliżającym
mnie do Bazylei narasta niepokój, że to nie
możliwe aby przejechać po szwajcarskiej
autostradzie bez winiety i przeżyć. To skutek
Kefirowej indoktrynacji. W Bazylei
zjeżdżamy na CPN. U uu uuu, com się
nasłuchał od Kefira to nie napiszę bo mogą to
11 letnie dzieci przeczytać. Wyglądało
groźniej jak kara za jazdę bez winiety. Na
dodatek motor mu się znowu spierdolił razem
z humorem. Coś z hamulcami było. Znaczy,
jak za wolno jechał to miał kłopoty ;-)
Cóż, pozostał już tylko prozaiczny przejazd
przez granicę i logowanie na niemieckim polu
namiotowym. Rano spakowaliśmy manele i w
niemieckim stylu czyli: langsam, langsam über
zicher dotarliśmy późnym popłudniem do
Lewina nadziewając się wprost na golonkę po
bawarsku.
Halo, ktoś tu jeszcze jest? J
--
Pozdrawiam
ID
GSX 1300 R '00
-
Re: Frnacja 2007 | "Budyń" <budyn@wywalto.riders.pl>
Użytkownik "Ireneusz Dyła" napisał w wiadomości
news:fdfsp3$49k$1@nemesis.news.tpi.pl...
| 12. sierpnia
|
| Wyjazd. Trochę marudzenia, trochę cykora,
|
| waciane nogi. Ręce też. Jak wsiąde i nie
|
kul :-) Myślałem ze to to samo co prowansja tylko wierszem :) A tu lipa!
b.
-
Re: Frnacja 2007 | "Ireneusz Dyła" <idyla@opole.gddkia.gov.pl>
Użytkownik "Budyń" napisał w wiadomości
> kul :-) Myślałem ze to to samo co prowansja tylko wierszem :) A tu lipa!
Przeciez to wisialo niecale 10 sek i mnie wystraszylo wiec skasowalem.
--
Pozdrawiam
ID
GSX 1300 R '00
-
Re: Frnacja 2007 | "Budyń" <budyn@wywalto.riders.pl>
Użytkownik "Ireneusz Dyła" napisał w wiadomości
news:fdg4o8$74a$1@atlantis.news.tpi.pl...
| Przeciez to wisialo niecale 10 sek i mnie wystraszylo wiec skasowalem.
Tak ci sie tylko wydaje :-)
b.
-
Re: Frnacja 2007 | zbigi <zbiegusek@gdzies.w.wirtualnej.Polszcze.pl>
Budyń napisał(a):
> Użytkownik "Ireneusz Dyła" napisał w wiadomości
> | Przeciez to wisialo niecale 10 sek i mnie wystraszylo wiec skasowalem.
>
> Tak ci sie tylko wydaje :-)
>
Nom. Na takich niusach Onetu, to wsyskiecy wersje sa widoczne ;)
--
pozdrrrrowienia i... do zobaczenia na szlaku :)
zbigi [@:zbiegusek na wirtualnej polsce w domenie pl]
Bestyja, Sikorka, Jasiek w worku, Dudek na strychu i inne ;)
Nowy Janów - jeszcze blizej najwiekszej dziury w Europie ;)