Dyskusje / Frnacja 2007

  • Frnacja 2007 | "Ireneusz Dyła" <idyla@opole.gddkia.gov.pl>
    12. sierpnia

    Wyjazd. Trochę marudzenia, trochę cykora,

    waciane nogi. Ręce też. Jak wsiąde i nie

    wyglebię to będzie sukces. Czyli stały rytuał

    przy wyjeździe. Godzina chyba 9. Szybko na

    autostradę do Opola, przejście graniczne w

    Głubczycach. Jesteśmy w Czechach...i nie

    pada. Pierwsze 100 km za nami. Robi się

    luźno. Winkle coraz śmielej pokonywane.

    Ołomuniec, Brno, Mikulov. Stop. Jak się już

    najeździliśmy to teraz musimy coś zjeść.

    Austria. Do Wiednia jakieś 80 km. Co tam,

    przecież znam Wiedeń jak własną kieszeń.

    Umówiliśmy się, że ja prowadzę, a Kefir

    zajmuje się kwaterunkiem szeroko pojętym.

    Dojeżdżamy do Wiednia. Wioski, wioski, a w

    nich światła, światła. Nie wolno się głupio

    gapić na mapę w czasie jazdy. Wiem, że nie

    wolno. Gapię się bez przerwy bo przecież

    prowadzę. Tylko po co sie gapię jak znam

    drogę. Jest prosta i nie ma co wydziwiać. Ale

    sie gapię. Wyprzedzam jakiegoś Austriaka na

    GS500. Macham. Przede mną 100m i zielone

    światło na sygnalizatorze. OK. Schylam łeb,

    gapię sie mapę. Na budziku rejestruje jakieś

    80 km/h. Podnoszę łeb, widzę czerwone

    światło na sygnalizatorze i wjeżdżający na

    skrzyżowanie z prawej jakiś czerwony

    samochodzik. Kurwa, jestem na kolizyjnym na

    100% i chyba już nie wiele zostało mi do

    roboty. Zaczynam heblować. Przód piszczy.

    Samochodzik się zatrzymał, ale to mi nie

    wiele daje bo i tak wiem, że jest za szybko.

    Puszczam hebel i zaczynam próbować omijać.

    Samochodzik ruszył do przodu i już pozbawił

    mnie resztek nadziei. Mocny wychył w lewo,

    gaaaaaaz i niech sie dzieje wola najwyższego.

    Zaczyna się wszystko w zwolnionym tempie.

    Widzę, że przód motocykla przechodzi przed

    maską. Znaczy: ja będę żył, ale co mi z tego

    jak z tyłu wiozę dziecko. Następne długie

    godziny, w których nie czuje uderzenia w bok

    tylko głuche szarpnięcie do tylu. Jest

    zajebiście. Jeszcze nie wiem co się stało ale

    wiem, że moje kolana przeszły, Oli kolana

    przeszły. Może dupę mi urwało, ale mam to w

    dupie. Huknęło, kiwnęło Buzą i pojechalim

    dalej. Tato!!! moje rzeczy leżą na

    skrzyżowaniu. Cicho! Nie mamy czasu

    musimy jechać. Tato! zatrzymaj się tam jest

    moja kosmetyczka. Jak pojadę dalej bez niej?

    Staję. Nie bardzo chce, ale patrzę w lusterka.

    Stoi czerwony samochodzik, stoi Austriak i

    nieoceniony Kefir, który chodzi po

    skrzyżowaniu i zbiera moje klamoty. Zostań, a

    ja tam idę. Czerwony samochodzik jednak

    trochę pogięty. Mi zdjęło kufer razem z płytą i

    połamało trochę. Motocyklista Austriak

    tłumaczył z niemieckiego na angielski i z

    powrotem. Auslander!!! Żadnych numerów

    polis i dżentelmeńskich uścisków dłoni. Ma

    przyjechać Policja. No fajnie. Wjazd na

    czerwonym, kolizja. Jak nie pójdę siedzieć to

    z 1000 euro mandatu trzeba się będzie bardzo

    cieszyć. Chłopaki przyjechały po 1.5 h

    i...pokochałem austriacką Policję. Co się

    stało?. Acha. Czy życzy Pan sobie, żebyśmy

    kierowcę motocykla ukarali?. Nie, chce

    jedynie potwierdzenia, że takie zdarzenie

    miało miejsce, ponieważ będę tego

    potrzebował w swoim TU. Proszę jechać za

    nami. Po 2 godzinach na ichnim komisariacie

    Pan Austriak dostał swój papier i zapłacił za

    niego 40 euro. Ja dostałem taki sam i nie

    zapłaciłem nic. Panowie Policjanci uścisnęli

    mi dłoń i życzyli lepszych wakacji niż

    dotychczas. Przy pomocy tradycyjnego

    zestawu czyli power tape i 4 trytytytki

    (czarne) kufer w 10min. był lepszy jak nowy i

    wyruszyliśmy w dalsza drogę. Przez cały

    Wiedeń nie wierzyłem w to co się stało. A

    ponieważ stało się po raz drugi na naszym

    drugim wyjeździe to obiecałem Kefirowi, że

    już nic więcej się nie stanie. Chyba go to

    uspokoiło, bo nie krzyczał na mnie. Graz -

    Klagenfurt, piękny kawałek autostrady z

    szybkimi winklami i piękna pogoda. W Pingau

    zjeżdzamy z autostrady do miasteczka. Po

    kilku rundach i pomocy klimatycznego

    dziadka lądujemy w sympatycznym

    pensjonacie za 25 euro na twarz. Wieczorny

    spacer i piwo pozwoliły nie myśleć co by było

    gdyby, tym bardziej, że przecież obiecałem,

    że raz to był już ostatni.

    13. sierpnia

    Cudna pogoda od rana. Kefir pląsa wśród

    masła, dżemów, plasterków salami, szynki,

    sera i pajd chleba konwersując z gospodynią.

    Fajnie było ale czas w drogę. Jedziemy małym

    skrótem i pod Grazem pakujemy się na

    autostradę do Klagenfurtu. Mówiłem już, że to

    piękna droga? Chyba tak. Z Klagenfurtu na

    Willach, i tu wyczaiłem na mapie fajną dolinę

    pomiędzy Włochami, a Austrią. Wjechaliśmy

    do niej kawałek za Willach drogą nr 111 i w

    uroczych okolicznościach przyrody

    nieśpiesznie podążaliśmy w kierunku Włoch.

    Dobry czas się skończył w połowie doliny

    razem z dobrą drogą. Zaczeło padać i droga w

    wioskach zaczeła być szerokości sieni w

    ichnich chałupach. Kondona włóż, kondona

    zdejm i da capo al fine. Późnym popołudniem

    przekraczamy granicę i jedziemy w kierunku

    Cortina d'Anpezzo. Kurort jak jasna cholera.

    Taki, że na wjazd trzeba sobie chyba zasłużyć.

    Po dwóch godzinach jazdy na półsprzegle i

    1.biegu dostapiliśmy zaszczytu zobaczenia

    czegoś na kształt Międzyzdrojów tylko w stylu

    tyrolskim. Ładnie tu, ale zabierajmy się stąd

    zanim pokończą się tarcze sprzęgłowe. Jak

    jeszcze ktoś nie skumał to spieszę donieść, że

    Włosi w sierpniu mają nakaz urlopowy i

    wszyscy chyba przyjechali w Dolomity. Aha,

    no i zaczął padać deszcz. Jazda po mokrych

    Dolomitach to średnia przyjemność , a miało

    być tak pięknie. Jedziemy i zaczynamuy

    powoli szukac noclegu. To najbardziej

    upierdliwe zajęcie w ciągu motocykolwego

    dnia. Zatrzymaj się. Zdejmij kask. Idź zapytaj.

    Wróć i poinformuj coś się dowiedział. Cena za

    twarz 30 euro i wzrasta. Ni chu chu. Tyle nie

    zapłacimy.Wjechaliśmy na jakiś płaskowyż z

    dolomickimi widokami i zaczyna robić się

    ciemno. Pada pierwsza odważna propozycja,

    żeby się zadekować w bocznej dróżce, rozbić

    w niewidocznym z drogi miejscu i kimnąć na

    zająca. Jestem w mniejszości, więc jedziemy

    dalej. Kolejny kurorcik. Hurra jest pole

    namiotowe...ale nie ma miejsc. Jedziemy

    jeszcze dalej. Mijamy pole ze dwa razy i

    metodą kolejnych przybliżeń z pewną

    nieśmiałością podjeżdżamy do recepcji. Do

    akcji wkracza intendent Kefir i po kilku

    chwilach dumnie wskazuje follow my.

    Rozbilim się na skraju pola, nad rzeczką i

    ciemno już było. Płyta od kufra w Buzie robiła

    za stolik okolicznościowy na kolację, którą

    zeżarliśmy chyba razem z tą płytą i stelażem

    od kufra. Idziemy lulu.



    14 sierpnia

    Optymizm wraz z pogodą rośnie. Zgodnie z

    planem dzisiaj mamy dojechać nad takie

    jedno polodowcowe jezioro we Włoszech

    zwane Lago di Garda, a dokładnie do mieściny

    pt.Riva del Garda. No to jedziemy.

    Kilometrów mamy jakieś 250 do zrobienia.

    Tempo więc ma być turystyczne. No i było,

    nawet bardzo. Do Predazzo jak komuś udało

    się włożyć 2 to był miszcz. Kefir w obrysie

    kufrów miał 90cm, ja 110cm. Te 20cm

    okazało się być zabójcze na zakorkowanej

    drodze szerokości 6m. Więc 1. troche do

    przodu. Stop. Trochę luzu na lewym pasie.

    Ogień. Wcisk na żywca na swój pas. Stop. I

    tak 50 km. Gehenna przy tym to raj.

    Wentylatory w motocyklach mimo chłodnej

    pory fruwały jak oszalałe. Nigdy więcej

    Włoch w sierpniu. Kawałek za Predazzo

    włączam 2 i nie bardzo wierzę w widok

    wskazówki na 60 km/h. Jedziemy coraz

    szybciej. Kawałek przed Trydentem (Trento)

    już zapomnieliśmy o korkach i w normalnym

    podróżnym tempie podziwialiśmy okoliczne

    winnice i sady. Zaczyna padać. Z Trydentu

    kierujemy się lokalną drogą na kierunek Riva

    del Garda, czyli do miasta gdzie Kefir spędził

    najpiękniejsze tygodnie swego życia ;-) Taka

    tam wycieczka sentymentalna. Leje już jak

    cholera. Zasrana pogoda. Wyjeżdżamy z

    kolejnego winkla zza góry i co widzimy:

    piękne słońce, palmy i miasteczko w stylu

    późnego imperium. Cud...albo fototapeta.

    Żeby sprawdzić jedziemy dalej. Kefir zna

    teren wiec przeprowadza nas przez miasto na

    kemping. Miejsca są, a właściwe 1 miejsce

    dzielone z młodymi Szwajcarami na pół, tuż

    obok centrum kulturalnego pola namiotwego

    czyli pralni, kibli i natrysków. Super widok

    kiedy obserwujesz jakie potwory rano suną w

    tamtym kierunku, i jakie cuda chwile później

    się stamtąd wyłaniają. O kobietach mówię - to

    fakt oczywisty. Nasi Szwajcarzy to

    ekstremiści rowerowi. Co jakiś czas podsuwali

    Kefirowi jakieś hard trasy do przejechania.

    Tak nam się zrobiło dobrze, że

    postanowiliśmy zostać 2 dni. Dnia pierwszego

    wyruszyliśmy w góry w poszukiwaniu

    miasteczka o pięknej nazwie: Madonna di

    Campiglio. Mapy mieliśmy tak dobre, że nie

    znaleźliśmy nic takiego. Za to zobaczyliśmy

    kilka pięknych widoczków i poobcieralismy

    się na serpentynach wykutych w skale. Fajnie

    było, a zapowiadało się tragicznie. Na

    pierwszym skrzyżowaniu Kefir zjechał na

    ichni CPN i stwierdził, że brak płynu

    chłodzącego jest. Demontaż motocykla i

    szukanie: skąd ten wyciek. Po Kefirowej

    głowie przelatują horrory w stylu

    USZKODZONA GŁOWICA i w ogóle jeden

    wielki disaster. Wlał 1.5 litra wody i myśli.

    Wszystko jednak zaczęło zmierzać w kierunku

    lepszym niż uszkodzona głowica. Termostat

    się odblokował i zaczął w miarę normalnie

    funkcjonować. Wyszło na to, że biedak dzień

    wcześniej nie dał rady w dolomickim korku.

    Zrobilismy małą wycieczkę po okolicy.

    Trochę się Triumph jeszcze boczył ale już nie

    wypluwał całego płynu. Biorąc pod uwagę

    podły nastrój właściciela zjechaliśmy do bazy

    w miarę wcześnie. Supersmaczne tortellini z

    supersmaczym sosem z supermarketu

    włoskiego wprawiły nas w superchumor. Ja z

    Olą poszedłem nad superjezioro, a Kefir oddał

    się rozmyślaniom nad korkiem do chłodnicy,

    który nieoczekiwanie zaczął być w kręgu

    podejrzeń. Jezioro polodowcowe, całkiem,

    całkiem. Usytuowane pomiędzy stromym

    masywem górskim, a trochę mniej stromym

    masywem górskim. Z wiatrami o włoskich

    nazwach i niewątpliwe morskim charakterze.

    W sierpniu i wrześniu temp wody 22 st.

    Windsurferów jak nasrał. Skrzyżowanie w

    Delhi jest chyba mniej zatłoczone. Dnia

    drugiego po wiwisekcji korka do chłodnicy

    podjęliśmy drugą próbę dotarcia do Madonna

    di Campiglio. Cholera wie po co się tak

    uparliśmy. Miasteczko, kolejny kurort z

    zamkniętym przelotem czyli wyłączonym z

    ruchu środkiem miasta. Można wjechać od

    północy lub od południa. Przejechać nie

    można. Wracaliśmy drogą na południe przez

    góry i z powrotem po zachodniej stronie

    jeziora tuż na brzegiem. Ładna droga. Na

    obiad supersmaczne tortellini itd.

    Noc była czarna jak sumienie szefa partii

    rządzącej kiedy nagle usłyszeliśmy krople

    deszczu o namiot. Wszystkie szmaty na całym

    polu były oczywiście powieszone na

    sznurkach. Ponieważ deszcz usłyszeli

    wszyscy, więc o godz. 2.00 pole namiotowe

    ożyło. Wszyscy wyszli i przy okazji zwijania

    szmat odbywali wesołe pogawędki tu i ówdzie

    zaczęła się montować jakaś impreza.

    Szwajcarzy też wyszli, ale chyba ich troche

    zamuliło bo zamiast zbierać wiszące na

    sznurku szmaty zaczęli cos mamrotać w

    dziwnym języku i wzięli się za segregowanie

    śmieci.





    17 sierpnia

    Jedziemy na skuśkę przez Włochy. Plan:

    dojechać jak najdalej. Jak się da to do Nicei.

    Warunki przejazdu: wszystko tylko nie płatne

    autostrady. Jest cholernie gorąco. Znaną już

    wcześniej trasą wzdłuż jeziora wyruszamy w

    kierunku Brescii. Dobrze idzie. Odbijamy na

    Cremonę i po małym zagapieniu znowu

    dobrze jedziemy. Jest coraz bardziej cholernie

    gorąco. Trzeba pić dużo wody nawet jak się

    nie chce. Mijamy Piacenzę kierujemy się na

    Alessandrię. Zaczynam szukać stacji

    benzynowej. Jest ich pełno, jest sjesta i są

    zamknięte. Sjesta trwa u nich o ile zdążyłem

    się zorientować od 12.00-18.00. Nawet

    markowe stacje były pozamykane. W końcu

    jakiś Shell wszechmogący się zlitował i dał

    paliwa. Jest 33 st. w cieniu, ale co nas

    interesuje cień. My jedziemy w pełnym

    słońcu, no a tam jest znacznie więcej.

    Krajobraz, że szkoda gadać. Coraz bardziej

    utwierdzam się w przekonaniu, że Włochy to

    kraj ponury. Kukurydza, kukurydza i

    kukurydza. W środku miasta na kawałku

    wolnej przestrzeni też kukurydza. Obrazy znad

    jeziora zostały błyskawicznie wykasowane na

    rzecz wszechobecnej kukurydzy. Mijamy Ast,

    Albę i kierujemy się na Cuneo. To ostatnie

    większe miasto przed granicą francuską.

    Zostało 20 km ale mamy już serdecznie dość

    tej jazdy. W Limone zjeżdżamy na camping.

    Widzę, że Kefir coś nie bardzo kontaktuje.

    Zmęczony pewnie. Na campingu nie ma

    miejsc. To był cios. Wsiedliśmy co prawda na

    motocykle i pojechali dalej przez tunel pod

    Col de Tende do Francji, ale zaraz za nim

    zdecydowałem, że stajemy i coś trzeba zjeść

    po całym dniu jazdy. Poodpoczywamy z

    godzinkę, wsiadamy, jedziemy i stajemy na

    pierwszym możliwym campingu. Miasteczko

    nazywa się Tende. Pole namiotowe miejskie,

    usytuowane w dolinie rzeczki. Całkiem

    sympatyczne z trudnym dojazdem. I są

    miejsca !!! Zostajemy znowu dwa dni żeby

    objechać to i owo co się napotka. Z Kefirem

    już w miarę dobrze.

    Pierwszego dnia ekipa postanowiła odpocząć

    od siebie. Ja z Olą bez konkretnego planu

    udaliśmy się na raczej dalszy rekonesans w

    poszukiwaniu Route des Grandes Alpes, Kefir

    postanowił odpocząć i udać na raczej bliższy

    rekonesans. Rzut oka na mapę wskazywał

    kierunek, tak dokładnie, że po kilku

    kilometrach pojawiły się znowu włoskie

    napisy. Tato, jesteśmy we Włoszech. Eeee, coś

    ci się przywidziało. Przecież jedziemy na

    zachód, a nie na wschód. Tak, to był błąd w

    nawigacji i to były jednak Włochy. Nadal

    jednak potrzebny był nam jakiś kierunek

    zachodni. Jak trzeba to się i znalazł, ale tak

    nam dał w dupę, że jak na rozgrzewkę to było

    jednak trochę za dużo. Niechcący wjechaliśmy

    na 1477m w kilku nawrotkach. Ponieważ

    jednak na przełęczy zanalazł się interesujący

    nas drogowskaz to uznalismy, że jakiś

    pozytyw w tym jednak był. Jedziemy do

    Sospel. Nie wiem po co, ale jedziemy.

    Miasteczko w górach jak każde w tamtym

    rejonie. Fajne. Kiwło nas lekko w prawo i po

    paru metrach zobaczyliśmy tablicę z napisem

    Route des Grandes Alpes. No miodzio!

    Przecież tej drogi szukamy. Teraz będzie o

    drodze. Jest to trasa w górach biegnąca z

    północy na południe, albo jak kto woli z

    południa na północ. Ma 700 km, jest wąska i

    cholernie kręta. Ale jak piszę cholernie kręta

    to nie żartuję. Jeździł ktoś po wielokrotnie

    nawracających pochylniach dla

    niepełnosprawnych? No, to tam jest tego pełno

    w 7-8 krotnych nawrotkach, na początku

    pokonywanych na 1 biegu, po dojściu do

    wprawy płynnie na 2. Nie bardzo można

    podziwiać widoki w czasie jazdy, bo jest

    wąsko i trzeba pilnować przodu, żeby nie

    nadziać się na coś z przeciwka. A jeżdżą

    różnie. Pokulaliśmy się troche i odbilismy na

    drogę do Nicei, żeby morze zobaczyć. Nicea

    to fajne miasto jak się chce do Cannes

    dojechać albo innego Monaco. Jak trzeba

    jednak znaleźć jeden jedyny w mieście

    drogowskaz na Sospel to już robi się kłopot.

    Czego to jednak wszechmogący nie robi dla

    skonanych podróżnych. Stoimy w beznadziei

    na skrzyżowaniu za jakimś autobusem

    zasłaniającym cały świat. On rusza, a nam

    odsłania się piękny drogowskaz z napisem

    SOSPEL w lewo. Dalej jak po maśle. Z tego

    szczęścia zapomniałem zatankować. Na

    przełęcz wjechałem, z przełeczy na luzie i z

    modlitwą o jakiś zabłakąny CPN zanim

    skończy się spadek. No i się znalazł. Dalej

    proza. Wjechalim na biwak. My

    opowiedzieliśmy swoje, Kefir swoje. Po 3

    piwa na twarz i do wora.

    19 sierpnia

    Rano decyzja, że jedziemy Drogą Wielkich

    Alp, jakieś 200 km później odbijamy na

    Prowansję i zobaczymy co dalej. Jako, że

    pierwsza część trasy była mi już znana

    mogłem trochę więcej pooglądać. Jest na co

    popatrzeć. Jak się znudzi to za chwilę są nowe

    obrazy. Trasa najczęściej prowadzona

    trawersem na prawie pionowej skale. W górę i

    w dół. Tak bez końca. Widzisz w górze miasto

    wiszące na skale. Za chwilę to samo miasto

    oglądasz już będąć 500m w pionie nad nim.

    Niesamowite. Krajobraz się zmienia na dolinę

    jakiejś rzeki. Kolor skał: pełnebordo. Jakiś

    absurd. Tunele na naszym kierunku. Na

    kierunku przeciwnym chlopcy kręcą

    precyzjnie zgodnie z linią kanionu na

    krawędzi. Skały dalej bordowe. Mimo jazdy

    trochę na czuja udaje się utrzymywać

    właściwy kierunek. W Guillaumes rozstajemy

    się z trasą alpejską i jedziemy na południowy

    zachód do Prowansji w okolice kanionu rzeki

    Verdon. Ma 700m w najgłębszym miejscu i

    jest najpiękniejszym kanionem w Europie (tak

    piszą). Stajemy w Castellane i zakładamy

    kolejną bazę. Ponieważ zwijaliśmy się rano na

    mokro to pierwszą czynnością było

    rozwieszenie sznurka między motocyklami i

    suszenie szmat. W międzyczasie rozbijały się

    namioty, pompowały materace i robiło

    jedzenie. Wieczorem spacer po mieście, w

    którym na najmniejszym kawałku placu

    wszyscy grają w bule. Nie wiem dokładnie o

    co w tym chodzi ale ich to bardzo zajmuje, a

    polega na rzucaniu metalowymi kulami tak

    aby coś tam osiągnąć. Punkty jakieś, znaczy

    się. Trochę hipnotyzuje obserwowanie tej gry

    jak nie wiadomo o co chodzi...a co dopiero jak

    wiadomo. Restauracje pełne ludzi

    obżerających się chyba jakimiś smakołykami.

    Zazdrościmy im, ale szanujemy to. My po

    pierwsze primo nie znamy tych przysmaków

    (poza pizzą) zupełnie, a po drugie primo

    szkodaby nam było zamówić coś na pałę i

    zapłacić jakieś kosmiczne pieniądze w stylu

    50 euro na twarz i podjąć ryzyko

    nienajedzenia się. Stanęło na puszce Coca-

    Coli i pasztecie z Polski (albo coś w tym

    stylu). Próbowaliśmy ratować sytuację jakim

    zestawem serów z supermaketu, ale bardziej

    przypominało to zabawę w wykwintne

    jedzenie niż owo jedzenie w rzeczywistości.

    Tak czy siak poudawaliśmy trochę i było

    sympatycznie. Jak dzieci.

    Rano urodziła się koncepcja żeby objechac

    kanion rzeki Verdon i kulnąć się na drogę

    zwaną lawendową. Zaczęło się źle, bo od

    zabłądzenia. Później było lepiej bo trafilismy

    na właściwą drogę i zaczęliśmy jechać

    krawędzią kanionu. Trzeba zobaczyć. Aparat

    nie obejmuje. Słowa nie oddają. Potężne to i

    strasznie kolorowe. Droga od krawędzi

    oddzielona jakimś symbolicznym murkiem,

    albo lekką drewnianą barierką. Trasa kończy

    dojazdem do jeziora i stamtąd ruszyliśmy na

    poszukiwanie drogi lawendowej. Uparłem się

    bo miałem nadzieję, że mimo tego, iż zbiory

    lawendy skończyły tydzień przed naszym

    przyjazdem to coś lawendowego uda się

    zobaczyć. No i udało się. Pole młodej

    lawendy, które jeszcze nie nadaje się do

    zbioru. Widok szczególny. Trochę niebieski.

    Zapach ogłupiający. Wracając, w Riz

    kupiliśmy trochę pocztówek. Z tymi

    pocztówkami to fajna sprawa. Nie ma sensu

    silić się na własne zdjęcia. Widok pól

    lawendy, które były na nich wygenerował

    jedno postanowienie: muszę to kiedyś

    zobaczyć na żywo. Powrót. Supermarket.

    Tanie piwo. Tanie sery. W ogóle wszystko

    tanie. Zakupy nie mieszczące się na

    motocyklu i 15 euro rachunek. Rano w ramach

    poszukiwań dobrej pogody wychyliłem łeb

    zza bramy campingu i widzę tablicę z napisem

    Route de la Lavande. Nosz kurwa mać, dzień

    wcześniej szukałem tej drogi po całej

    Prowansji.

    21 sierpnia

    Rano pochmurno ale nie tragicznie. To dzień

    kiedy zaczynamy wracać do domu. Dla mnie

    to zawsze ten najlepszy dzień. Plan: dojechać

    jak najdalej za Grenoble może nawet do

    Chamonix. Kierunek na Digne. Zaczęło padać

    już przed Gap. Jedziemy tzw. Drogą

    Napoleona N85. To ta sama droga gdzie w

    okolicach Vizille wyautował się nasz autobus.

    Leje coraz bardziej. Trudno nawigować jadąc

    w korytarzu autostrady i nie wjeżdżac na nią

    kiedy główne oznakowanie wypycha wciąż na

    autostradę. Jakoś dajemy radę. Przejeżdżamy

    obok miejsca wypadku. Prosta droga, wygląda

    na bułkę z masłem. No i ten zakręt 90 st.

    widoczny chyba na kilometr. Przejeżdżamy.

    Zapominamy. W Grenoble walimy przez

    środek wsi i wylatujemy na Albertville czyli

    miejsce organizacji Zimowych Igrzysk

    Olimpijskich w 1992 roku. Eeee, miasto jak

    miasto. Czas w odróżnieniu od pogody nam

    sprzyja. W Albertville pytam, czy jedziemy

    dalej. Skoro zostało 60 kilometrów i 3-4

    godziny do zmierzchu to jedziemy do

    Chamonix. Deszcz już leje nie pada. Zaczyna

    się znowu kurortowa jazda. Waska kręta droga

    przez miejscowości i dużo samochodów.

    Przebijamy się. Jedzie sobie tir z przeciwka.

    Leniwie go obserwuję, tym bardziej, że jedzie

    na jezdni obok. Nagle tir zniknął, a ja widzę,

    że z przeciwnej jezdni nadchodzi tsunami. Ja

    cież pierdole! 4 m ściana wody. Nie było

    wyjścia wziąłem na klatę, wylądowałem

    telemarkiem i ustałem. W celu pozbycia się

    wrażeń jadę dalej, ale coś widzę, że Kefira nie

    widzę. Jako, że już odrętwiałem od tego

    deszczu to trochę mi poczucie czasu zaczęło

    fiksować. Stanąłem i czekam. Mija 10 minut.

    Zgubił się czy glebnął? Jedno i drugie

    prawdopdobne bo warunki jazdy były fatalne.

    Nie bardzo mogę zawrócić bo droga jest

    dwujezdniowa. Postanowiłem czekać do

    wiosny to najpewniejszy sposób wyjaśnienia

    sprawy (znaczy, jak spod śniegu wyłonią sie

    zwłoki). Wiosna nadjechała po 5 minutach.

    Powiedziała, że straciła czucie w ręcach i nie

    mogła namacać klamek, więc stanęła, żeby się

    rozgrzać. He, he rozgrzać, chyba w światłach

    motocykla. Rękawice lały się strumieniem

    wody. Faktycznie trzeba było trochę czasu

    żeby znaleźć ręce. No, ale najważniejsze to

    wsiąść i ruszyć. Jedziemy już tak w stylu niósł

    ślepy kulawego, a do Chamonix jeszcze całe

    10 km. Jakiś koszmarny dystans. Deszcz.

    Mgła. Chamonix. Masywa Mont Blanc można

    dotknąć, ale nie można zobaczyć. Pierwsze

    pole. Szukamy tylko czegoś pod dachem. Z

    oczywistych względów - jak mawia premier -

    namiot nie wchodzi w grę. Chociaż taka myśl

    początkowo mi zamajaczyła, ale jak

    popatrzyłem na Olę, to sobie pomyślałem, że

    dzisiaj to położę ją spać choćby w Hameau

    Albert po 180 euro za twarz. No więc

    pierwsze pole, domków i przyczep brak,

    drugie pole o ciepłej nazwie Deux Galciers

    (dwa lodowce) to samo. Trzecie pole

    podobnie. Jesteśmy uparci i posuwamy się do

    przodu. Pierwszy hotel miejsc brak. Drugi

    hotel des Lacs (jeziora - coś chyba z nimi nie

    tak, że wszystko maja podwójne) miejsc...a są.

    Dwupokojowy apartament za 80 euro. Bajka.

    Z jednego okna widok na mchy i porosty

    skalne, z drugiego chyba na góry. Nie widzę,

    bo pada. Nie jest dobrze. Do tej pory pogoda,

    mimo incydentalnych opadów raczej była nam

    miła, jednak właśnie dlatego zrezygnowaliśmy

    z podróży całą drogą Wielkich Alp - z powodu

    niepewnej pogody. Przez trzy dni proszę

    Kefira: poproś Watsona żeby nam podał jakąś

    prognozę pogody na Alpy francuskie i po

    trzech dniach Kefir relacjonuje, że Watson

    pisze, że nam zazdrości wycieczki i nas

    pozdrawia. A gdzie kurwa prognoza! Nie

    pisze. Chyba myśli, że żartujemy - mówi

    Kefir. No więc nie podejmowaliśmy ryzyka

    wkurwiania się na zamglonych serpentynach

    przez 3 dni, na rzecz dobrze zapowiadającej

    się Prowansji. Udało się tamto, a teraz udało

    się dojechać do Chamonix. Ale pada. Jestem

    dwa kroki od Mont Blanc i wygląda na to, że

    go nie zobaczę. Serce mi krwawi (jak mawia

    była pierwsza first lady) bo nie chcę, ale będę

    musiał tu wrócić. A wracając do ruiny mojego

    planu; wieczorna teza - nie jest możliwa taka

    zmiana pogody żeby jutro rano można było

    wjechać na szczyt Aquille di Midi (to ten obok

    Mont Blanc).



    Rano. Otwieram jedno oko jak Garfield,

    otwieram drugie. Widzę niebieskie. Eee, to

    taka pętla czasowa we śnie. Nie trzeba się tym

    przejmować. I tak wiem, że w realu pada.

    Może jednak trochę dłużej potrzymam te

    otwarte gały. No niebieskie, naprawdę

    niebieskie. Najpiękniejszy kolor na świecie.

    Biorę aparat i lecę na miasto. Jest 8.00.

    Masyw Mont Blanc jest ustuowany po

    południowej stronie Chamonix na osi wsch-

    zachód. Nooo ludziska, zobaczyć te

    oświeltone wschodzącym słońcem białe

    płaszczyzny piramidalnych kształtów gór z

    jednej strony i czarne nieoświetlone z drugiej,

    a to wszystko na tle niebieskiego. Nie

    widziałem jeszcze takich rzeczy. Gęba

    otwarta, apart fotograficzny wraz ze szczęką

    na ziemi, stoję i gapię się. Słońce wschodzi

    dość szybko więc i zjawisko ulotne.

    Pogapiłem się i idę szukać wejścia tam gdzie

    4km wyżej błyszczy coś złotego na czubku.

    Znalazłem wejście. Pusto jakoś. Ani jednego

    Japończyka. Uuuu, niedobrze, oni są przecież

    wszędzie, a może to nie to. To. Sprawdzam

    ceny. Patrzę w lewo w prawo czy za 15 min

    pogoda się nie spierdoli i lecę do hotelu po

    ludzi. Jemy śniadanie i pierdziutko do kolejki.

    Wjechalim na 3 z 4 etapów i wrócilim. Zeszło

    3 godziny z okładem. Widzę te góry do teraz.

    Gadać o tym nie ma sensu. Zdjęcia tylko

    denerwują, bo to popłuczyny po wrażeniach.

    Godz 16.00 po zakupie pamiątek i innych

    pierdół krótka narada przed trasą. Jest

    koncepcja żeby przeciąć Szwajcarię na pół i

    przebijać się na kierunek niemiecki.

    Autostrady w Szwajcarii ponoć są bezpłatne.

    Problem polega na tym, że jak już wybrało się

    kierunek na Szwajcarię to nie bardzo można

    się cofnąć. Jesteśmy na granicy i wygląda na

    to, że jak chcemy autostradą to 27 euro za

    motocykl. Rozbój w biały dzień. Decydujemy

    się jechać przez Szwajcarię na wschód i dalej

    gdzieś wbić się do Niemiec albo Austrii. Pod

    nami jak na dłoni widać miasto Martigny, a

    przez jego środek biegnie piękna prosta

    autostrada do Lozanny i Zurichu. A kysz, ty

    czarownico, my musimy dymać jakimiś

    podrzędnymi drogami. Dymaliśmy całe trzy

    ronda, na których po 5 krotnym objechaniu

    każdego, stwierdziłem brak jakiegokolwiek

    interesujacego mnie kierunku w postaci nazwy

    miasta na wschód. Wszystkie za to pięknie

    prowadziły na Lozannę. Szybki rzut oka w

    lusterka co porabia legalista Kefir i

    korzystając z chwili nieuwagi zaciągnąłem go

    na autostradę. Póki co miałem dla niego

    wymówkę, że przecież jedziemy wspólną

    drogą o numerze autostrady i jakiejś

    regionalki. No i skończyła się regionalka,

    została tylko autostrada, a Kefir chyba się już

    połapał o co biega, bo zwolnił do 90km/h.

    Jakby wolna jazda miała go uchronić przed

    czymkolwiek. Ukarają go za tarasowanie

    autostrady jak nic. Jadę jak wszyscy i próbuję

    podciągać Kefira na widoczność tablicy

    rejestracyjnej. Trudno złapią mnie, on

    pojedzie. Ale właściwie po co mieliby mnie

    łapać skoro nie wydziwiam i jadę jak wszyscy.

    Szwajcarzy wcale tacy święci nie są. Jadą i

    grubo ponad 130km/h całymi watahami, nie

    wiele się przejmując. Mijamy od wschodu

    Jezioro Genewskie. Późne popołudnie i ładny

    widoczek. Mam już dość widoczków jadę do

    domu. Z każdym kilometrem zbliżającym

    mnie do Bazylei narasta niepokój, że to nie

    możliwe aby przejechać po szwajcarskiej

    autostradzie bez winiety i przeżyć. To skutek

    Kefirowej indoktrynacji. W Bazylei

    zjeżdżamy na CPN. U uu uuu, com się

    nasłuchał od Kefira to nie napiszę bo mogą to

    11 letnie dzieci przeczytać. Wyglądało

    groźniej jak kara za jazdę bez winiety. Na

    dodatek motor mu się znowu spierdolił razem

    z humorem. Coś z hamulcami było. Znaczy,

    jak za wolno jechał to miał kłopoty ;-)

    Cóż, pozostał już tylko prozaiczny przejazd

    przez granicę i logowanie na niemieckim polu

    namiotowym. Rano spakowaliśmy manele i w

    niemieckim stylu czyli: langsam, langsam über

    zicher dotarliśmy późnym popłudniem do

    Lewina nadziewając się wprost na golonkę po

    bawarsku.



    Halo, ktoś tu jeszcze jest? J

    --
    Pozdrawiam
    ID
    GSX 1300 R '00


  • Re: Frnacja 2007 | "Budyń" <budyn@wywalto.riders.pl>
    Użytkownik "Ireneusz Dyła" napisał w wiadomości
    news:fdfsp3$49k$1@nemesis.news.tpi.pl...
    | 12. sierpnia
    |
    | Wyjazd. Trochę marudzenia, trochę cykora,
    |
    | waciane nogi. Ręce też. Jak wsiąde i nie
    |


    kul :-) Myślałem ze to to samo co prowansja tylko wierszem :) A tu lipa!



    b.



  • Re: Frnacja 2007 | "Ireneusz Dyła" <idyla@opole.gddkia.gov.pl>
    Użytkownik "Budyń" napisał w wiadomości

    > kul :-) Myślałem ze to to samo co prowansja tylko wierszem :) A tu lipa!

    Przeciez to wisialo niecale 10 sek i mnie wystraszylo wiec skasowalem.
    --
    Pozdrawiam
    ID
    GSX 1300 R '00


  • Re: Frnacja 2007 | "Budyń" <budyn@wywalto.riders.pl>
    Użytkownik "Ireneusz Dyła" napisał w wiadomości
    news:fdg4o8$74a$1@atlantis.news.tpi.pl...
    | Przeciez to wisialo niecale 10 sek i mnie wystraszylo wiec skasowalem.


    Tak ci sie tylko wydaje :-)



    b.


  • Re: Frnacja 2007 | zbigi <zbiegusek@gdzies.w.wirtualnej.Polszcze.pl>
    Budyń napisał(a):
    > Użytkownik "Ireneusz Dyła" napisał w wiadomości
    > | Przeciez to wisialo niecale 10 sek i mnie wystraszylo wiec skasowalem.
    >
    > Tak ci sie tylko wydaje :-)
    >
    Nom. Na takich niusach Onetu, to wsyskiecy wersje sa widoczne ;)

    --
    pozdrrrrowienia i... do zobaczenia na szlaku :)
    zbigi [@:zbiegusek na wirtualnej polsce w domenie pl]
    Bestyja, Sikorka, Jasiek w worku, Dudek na strychu i inne ;)
    Nowy Janów - jeszcze blizej najwiekszej dziury w Europie ;)

  1  

Podobne