-
[Turystyka] opis wycieczki do Austrii (długie) | "Sauron11" <sauron11@yahoo.com>
Wrzucam opis wycieczki, jaki poczyniłem niedawno głównie po to, aby nie
zapomnieć o miłych chwilach spędzonych w siodle. Aha, Świat Motocykli
wzgardził moją relacją z powodu niedopasowania do wymaganej długości tekstu,
a mi się nie chciało tego skracać ;o). Mam nadzieję, że się komuś zechce to
przeczytać pomiędzy jedną i drugą jazdą ;o).
Sezon 2004.
Samotne podróże motocyklowe lubię najbardziej, a mój żelazny rumak - Yamaha
DragStar 650 rocznik 1998, zmodyfikowany o parę poręcznych dodatków, wiernie
służy mi już przez blisko 50 tysięcy km nawiniętych na rozmaitych szlakach.
W lecie 2004 r. zamarzyła mi się pierwsza dłuższa wyprawa poza granice
kraju. W poprzednim sezonie odwiedziłem na krótko Berlin (pierwszy samotny
wyjazd za granicę) i czułem się przygotowany na nowe przygody. Nadmienię
przy tym, że może niektórym Berlin nie kojarzy się z odległym miejscem, dla
mnie jednak było to wyzwanie.
Najbardziej pociąga mnie w motocyklowej włóczędze okazja do spontanicznych i
niezaplanowanych wyjazdów bez konkretnego celu. Podczas takich podróży,
bardziej od wyjechania codziennego dystansu cenię spokojną, dostojną jazdę i
możliwość skupienia uwagi na mijanych krajobrazach i ciekawych obiektach.
Nastawiając się na Bożą opiekę i życzliwość napotykanych ludzi, taki wyjazd
po prostu nie może się nie udać.
Urlop wziąłem z początkiem czerwca, spodziewając się, nie bez racji, małego
ruchu na drogach przed wakacjami. Pogoda była wyśmienita, mało padało, a
temperatury oscylowały w granicach 25-30 st. Jednego dnia oszacowałem
przybliżone koszty podróży, drugiego pakowałem się już do drogi. Na
bagażniku i tylnym siedzeniu motocykla znalazł miejsce połatany taśmą
plastikowy worek, w którym upakowałem namiot, śpiwór i karimatę. Całość
spiąłem pajączkiem, a do bocznych sakw nabrałem ciuchów na tydzień i kilka
przydatnych drobiazgów. Nie szukałem towarzystwa w podróży, przyzwyczaiłem
się już do myśli, że niewiele osób chce jeździć z prędkością podróżną 70-80
km/h - moją ulubioną. A samotne wyprawy w nieznane mają swój specyficzny
urok.
Dzień pierwszy - sobota
Wyjazd z Warszawy około południa. Jako kierunek obrałem południe Polski,
mając zamiar dojechać do rodziny w Bielsku-Białej i tam zanocować przed
przekroczeniem granicy. Chcąc oszczędzić nieco czasu poruszałem się cały
czas (niestety mocno dziurawą) trasą na Katowice. Spokojne toczenie się z
prędkością poniżej dozwolonej przez kodeks wywoływało z pewnością pewną
irytację kierowców tirów i innych pojazdów, mijających mnie w szalonym
pędzie. Do rytuału drogowego wszedł już sposób, w jaki niektórzy (ci
bardziej bezmyślni) kierowcy tirów zwykli wyprzedzać małe pojazdy. Zbliżają
się szybko od tyłu, dojeżdżają na bardzo niewielką odległość i jadą tak
dłuższą chwilę licząc, że pojazd przed nimi zlęknie się i przyśpieszy. Gdy
tak się nie dzieje, ostro zjeżdżają na pas obok i zaczynają wyprzedzanie. W
tej sytuacji zwykle zwalniam, żeby mi taki mastodont nagle nie zajechał
drogi, gdy źle wymierzy odległość, albo specjalnie nie pokazał, gdzie moje
miejsce (czyli w przydrożnym rowie). Na szczęście nie wszyscy kierowcy są
tacy, inaczej na drogach nie dałoby się spokojnie jeździć. Tymczasem jadąc
dalej spokojnie doturlałem się bez przykrych przygód aż do początku
budowanej wtedy śląskiej obwodnicy. W tym miejscu nieco zmarudziłem,
próbując odczytać kierunek z drogowskazów, w czym pomogli przypadkowi
kierowcy, mający podobny problem. Zaczęło też niestety lekko kropić, więc
skorzystałem z postoju i wzułem kondoma. Jadąc obwodnicą w budowie
podziwiałem możliwości naszych budowniczych, stawiających szerokie drogi w
szczerym polu albo lesie. Mijając z boku Jaworzno zauważyłem na poboczu
motocykl i grzebiącego przy nim młodego chłopaka. Pomimo że na mechanice
znam się tyle, co na gotowaniu (czyli wcale), zatrzymałem się i spytałem czy
nie potrzebuje pomocy. Jego poczciwy Kawasaki Vulcan cierpiał na bliżej
nieznaną chorobę, trochę jechał, po czym stawał i tak w kółko. Paliwa miał
niewiele, więc podejrzenie padło na gaźnik. Młodzieniec wracał z uczelni do
domu, a że jechał w tym samym kierunku, więc dalej wspólnie kontynuowaliśmy
podróż do najbliższej stacji paliw. Po zatankowaniu jego sprzęt odzyskał
dawną sprawność i pożegnaliśmy się. Za Jaworznem chłopak skręcił w boczną
drogę, pomachawszy mi wcześniej w geście pozdrowienia. Aż do samego Bielska
jechałem z poczuciem spełnionego obowiązku i satysfakcji. Wspieranie innych,
choćby dobrym słowem i samą obecnością, nie zawsze jest normą na naszych
drogach, a wśród motocyklistów ostatnio ten zwyczaj wyraźnie zanika.
Był już późny wieczór, gdy zameldowałem się u rodziny w Cygańskim Lesie.
Dzień drugi - niedziela
Poranna Msza i modlitwa w kościele na dobry początek dnia. Cygański Las nie
jest, pomimo nazwy, miejscem obozowiska Cyganów, ale sympatycznym osiedlem w
Bielsku-Białej, z którego rozciąga się wspaniały widok na wysokie górskie
szczyty. Od rana duszna i parna pogoda zapowiadała popołudniowe burze
(szczęśliwie jednak tego dnia ich nie uświadczyłem). Pożegnawszy rodzinę
obrałem kurs na granicę z Czechami. Na stacji paliw zakupiłem trochę Euro i
koron słowackich, a także mapę Czech i Słowacji. Mawiają, że świat jest
mały. Chyba istotnie tak jest, bo na tej stacji spotkałem motocyklistę,
który nie tak dawno, gdy należałem jeszcze do CYC-ów, oferował mi swoje
sakwy. Nie kupiłem ich wtedy, a o nim zapomniałem. Trochę było mi wstyd, gdy
musiał mi teraz o sobie przypominać. Chcąc zatrzeć niemiłe wrażenie
zaoferowałem wspólną podróż. Niestety, oni (był z żoną w dwa motocykle)
zamierzali pomknąć z prędkością daleko większą niż moja, a ponadto
zatrzymywać się w wygodnych zajazdach z wielkim łożem i wanną. Ponieważ
preferuję namiot i domki kempingowe, pożegnałem ich życząc szerokiej drogi.
Na granicy formalności trwały tylko chwilę i już mogłem cieszyć oczy wielką
tablicą, informującą o ograniczeniach w ruchu, które to dane postarałem się
skrzętnie zapamiętać. Zacząłem jechać w kierunku granicy ze Słowacją,
wiedziony myślą, że w tym pięknym kraju zaznam przyjemności poruszania się
po równych i ślicznych plenerowo górskich drogach, zaznam gościnności
naszych południowych sąsiadów, skosztuję słynnych knedli z mięsem i dojadę w
miarę szybko jak najdalej na południe. Kiełkowała mi już w głowie myśl o
niedalekiej Austrii, a nawet Włochach, a zakupiona mapa pokazywała prostą
autostradę aż do Bratysławy i Wiednia. Łagodnie zakręcona szosa z Cieszyna,
wiodąca przez Jablunkov, w otoczeniu lasów i łagodnych wzniesień o wysokości
do tysiąca metrów, doprowadziła w końcu na granicę. Ciepła rozmowa ze
słowackimi pogranicznikami, pytającymi życzliwie o cel podróży i życzącymi
powodzenia, bardzo miłe usposobiła mnie do dalszej podróży. Miałem nadzieję
zawinąć gdzieś na słynne knedle, ale że czas naglił (nocować chciałem pod
Bratysławą), zostawiłem tą przyjemność na inną okazję.
Ambitny plan dojechania tego dnia w okolice Bratysławy spalił na panewce już
po kilkudziesięciu kilometrach, a to za sprawą kompletnie rozgrzebanej drogi
prowadzącej do Povaźskiej Bystricy. A co za tym idzie koszmarnych korków,
rozciągających się przez wiele kilometrów. Żar lał się z nieba, słowaccy
robotnicy uwijali się jak w ukropie, a kierowcy w nagrzanych niemiłosiernie
puszkach odgrażali się drogowcom. Prędkość spadła do spacerowej, co dla
mojego chłodzonego powietrzem i obładowanego sprzętu stanowiło duże
wyzwanie. Również i ja doświadczyłem ciekawych przeżyć, gotując się w
skórzano-tekstylnej zbroi aż po czubek głowy. Minąwszy zatory odetchnąłem
czystym górskim powietrzem, z nadzieję, że najgorsze już minęło. W okolicy
P.Bystricy niestety kolejne roboty i drogowskaz nakazujący objazd na zachód
oznaczały dalsze opóźnienie. Skręciłem tam razem z falą innych pojazdów, po
czym ujechawszy może kilometr stanąłem w korku jeszcze większym niż
poprzednie. Stałem tak z 10 minut na wyłączonym silniku, obserwując jak
słońce sunie nieśpiesznie po nieboskłonie, po czym ostrożnie podjechałem na
początek kolumny. W bardzo pięknej, malowniczej okolicy, w otoczeniu
lesistych wzgórz o stromych zboczach, całkiem pusta szosa wyglądała
przedziwnie. Wszyscy stali karnie, a przed nimi policjant. Łamaną
angielszczyzną objaśniał, że dalej wypadek i nie można, że nie wie, kiedy
usuną i w ogóle mamy czekać. Nie miałem takiego zamiaru, bo słońce zmierzało
już ku ziemi, więc dogadawszy się ze stojącym obok kierowcą ciężarówki,
który ponoć znał inną drogę, zawróciłem w przeciwnym kierunku. Gdy tak
mijałem znów kolumnę aut, nagle zauważyłem motocykl i jego kierowcę dającego
znaki. Dwójka Polaków i do tego znających okolicę - czy można lepiej trafić?
Wyjaśniłem w czym rzecz i po chwili jechaliśmy już razem. Niestety nasz
ciężarowy przewodnik utknął na kolejnym wiadukcie, a my zatrzymaliśmy się,
aby uradzić plan. Poznaliśmy się przy okazji; Marcin i jego sympatyczny
plecaczek podróżowali w stronę Bratysławy na Hondzie VFR, z zamiarem
zwiedzania słowackich zamków. Solidnie zmęczeni obraliśmy inną drogę,
lokalną w kierunku wschodnim. Moi nowi towarzysze zgodzili się przy tym
utrzymać pasującą mi niską prędkość. Po kilku przystankach i wytyczaniu
kolejnych wiejskich szlaków, naprawdę mieliśmy już dość. Niesamowite gorąco
i do tego ten ruch lokalny. Jakby wszyscy zdecydowali się akurat na ten
objazd. Podczas wyprzedzania jednego z tirów naprawdę najadłem się strachu.
Marcin jechał pierwszy i swym sportem żwawo wykonał manewr. Mój motorek
znacznie wolniej się zbierał, a gdy już byłem na przeciwnym pasie blisko
szoferki, kilkadziesiąt metrów przed sobą zobaczyłem ostry łuk w prawo.
Dałem ognia i mocno położyłem obładowany sprzęt, skracając zakręt tuz przed
czołem ciężarówki. Stało się to dosłownie w ostatniej chwili, jako że chwilę
potem po przeciwnym pasie przejechał szybko lokalny autokar. Biorąc to za
działanie Opatrzności Bożej później jechałem już spokojniej, starannie
wybierając miejsca do wyprzedzania. Wkrótce wjechaliśmy też wreszcie na
autostradę D1 (E75) i w promieniach zachodzącego słońca, którego
żółto-pomarańczowy blask pięknie kładł się na wysokich szczytach gór,
gnaliśmy nieśpiesznie przed siebie. Podczas odpoczynku na parkingu wdaliśmy
się w krótką pogawędkę. Ponieważ jechałem w zasadzie bez prowiantu, para
poczęstowała mnie czekoladą, a na nocleg zaproponowali miejsce, gdzie sami
planowali się zatrzymać - leżące nieopodal miasto Trencin. Okazało się, że
przed wyjazdem starannie zaplanowali każdy nocleg i zamek do zwiedzenia,
korzystając z zasobów Internetu. Zgodziłem się chętnie na ich propozycję,
nie mając innej alternatywy, przecież jechałem praktycznie w ciemno. Po
dojechaniu do Trencina rozpoczęliśmy poszukiwania kempingu. Po krótkim
błądzeniu, podziwiając ciekawą architekturę Trencina (m.in. luksusowy hotel
położony dokładnie pod skalistym zboczem, na którego szczycie znajdują się
ruiny zamku z 1260 r.), udało się nam znaleźć właściwy kemping, położony na
wyspie (lub cyplu) na rzece Vah. Z dwóch stron otoczony szeroką wodą,
zamknięty na noc i wyposażony w wygodne domki, pozwalał na odprężenie po
trudach dnia. Ponieważ było przed sezonem, nie było dużo gości i nie było
potrzeby rozbijania namiotów. Wynajęliśmy jeden 4-osobowy domek, płacąc za
dwa łóżka - Marcin dogadał się z obsługą, że on i plecaczek prześpią się na
jednym. Naprawdę mili ludzie z tych Słowaków. Nocne Polaków rozmowy niestety
nie trwały długo i wszyscy szybko usnęliśmy.
Dzień trzeci - poniedziałek
Wstaliśmy dość wcześnie. Po wyjściu z domku od razu w oczy rzuciły się
ciekawie zaprojektowane łazienki - dach był w całości zabudowany panelami
baterii słonecznych. Tania ciepła woda - czemu u nas nie spotykamy tego
patentu? Po lekkim śniadaniu w kempingowej kawiarence pożegnaliśmy się z
Marcinem i jego miłą towarzyszką. Pozostawiwszy motocykl na kempingu wybrali
się pieszo na zwiedzanie owego zamku na wysokiej skale. Ja zaś zacząłem
przygotowania do drogi. W trakcie pakowania zostałem zagadnięty przez
małżeństwo starszych Niemców, którzy rozbili się z przyczepą kempingową
dokładnie obok. Rozmowa szła opornie, bo ja nie znam niemieckiego, oni zaś
nie rozumieli po angielsku. Poczęstowali mnie herbatą i ciasteczkiem i coś
tam uprzejmie szwargotali, ale poza gestami niewiele rozumiałem (czego
szczerze żałuję). Pokazałem im na mapie gdzie jadę, podziękowałem i życzyłem
wspaniałego wypoczynku. Wyprowadziłem sprzęt za bramę i zacząłem pyrkotać ku
granicy z Austrią. Na niebie w oddali kłębiły się dość nieciekawe chmury,
ale pamiętając dzień poprzedni nie przejmowałem się nimi zbytnio. Całą uwagę
skupiłem na drodze i mijanych widokach. A te po prostu zapierały dech.
Autostrada wije się w szerokiej dolinie, którą zewsząd otaczają wysokie
góry. Strome zbocza dają niesamowite wrażenia, szczególnie wtedy, gdy
wyskakujące zza chmur promienie słońca rozświetlają je na krótko.
Pojawiające się czasem daleko na wzniesieniach majestatyczne ruiny zamków
zachęcają, by zboczyć z trasy i zwiedzić je lub choćby zatrzymać się w ich
cieniu. Łagodny wiatr wiejący od przodu czynił jazdę jeszcze przyjemniejszą.
Na krótkim postoju w przydrożnym barku skosztowałem wreszcie prawdziwych
knedli z sosem mięsnym - pycha.
Z żalem żegnałem te wizualne wspaniałości, stopniowo zbliżając się do
Bratysławy. Wzmożony ruch i częste rozjazdy spowodowały, że widoki musiały
zejść na dalszy plan. Pomimo tego, że Bratysława z opowieści przyjaciół
wydawała się miastem wartym obejrzenia z bliska, to będąc już tak daleko,
bardziej kusiło mnie, aby dotrzeć do legendarnego Wiednia. Może i nawet za
Wiedeń, może uciec gdzieś w Alpy, o których tyle słyszałem, a których
jeszcze nigdy nie było mi dane obejrzeć na własne oczy. Wiedeń zwiedzałem
już w przeszłości, będąc dzieckiem. Wtedy to, jeszcze w siermiężnych
czasach, z nosem przy szybie oglądałem piękne motocykle stojące w salonie. W
Polsce takie rzeczy spotkać można było wtedy, jeśli miało się szczęście,
tylko na plakatach. Tym razem zwiedzania nie będzie, Wiedeń miał być tylko
przystankiem.
Na granicy czułem się jak obywatel Europy i chyba tak byłem traktowany.
Szybka i sprawna odprawa paszportowa i już jestem na austriackiej ziemi. W
pierwszym napotkanym miasteczku za granicą, bodaj był to Heinburg, na stacji
paliw dokupiłem winietkę na motocykl. Trochę marudziłem przy wieszaku, nie
mogąc się zdecydować, wreszcie pomoc zaofiarował przypadkowy motocyklista
Austriak, które właśnie zajechał na stację swoim sportem. Dużo dobrego
słyszałem o Austriakach i ogólnie o kraju. Że wszędzie dobrobyt, szczęśliwe
i życzliwe innym narodom społeczeństwo, na tyle bogate, że nikt nie obawia
się o swoją własność, pozostawione na ulicy motocykle nie znikają, tak jak i
kaski, które kierowcy czasami na nich pozostawiają. Postanowiłem przy okazji
sprawdzić, jak ta rajska wizja wygląda w zestawieniu z rzeczywistością.
Powoli włączyłem się w nurt pojazdów zmierzających w różnych kierunkach.
Przed Wiedniem zrobiło się naprawdę tłoczno. Przyznaję, że wcześniej nie
widziałem jeszcze takiego zagęszczenia dróg jak ten węzeł dróg, wiodących do
trzech bliskich sobie państw - Słowacji, Austrii i Węgier. Jednak mając
nawet ogólną mapę i bardzo czytelne objaśnienia z przydrożnych tablic, z
łatwością przejechałem Wiedeń, kierując się na autostradę A1 w kierunku
Linzu. Nie sposób przy tym nie wspomnieć o wspaniałych tunelach, jakie
Austriacy pobudowali pod swoja stolicą. Bardzo szerokie, proste i czytelnie
oznakowane, umożliwiają bezkolizyjne i szybkie przemieszczanie się przez
kolejne mocno zatłoczone dzielnice miasta. Nie spotkałem się tutaj z
drapieżnym stylem jazdy, tak typowym dla Polaków. Wszyscy poruszają się z
najwyższą ostrożnością, szanując innych kierowców, ustępując drogi i
stosując się do ograniczeń prędkości. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie.
Dotyczy to zarówno tuningowanych Golfów, jak i dostojnego Ferrari czy
Lamborghini, które także często w Wiedniu można spotkać.
Przejeżdżając przez Wiedeń nie miałem specjalnej okazji nasycić oczu
widokiem zabytków, jednak mijane obiekty i scenerie także były warte, aby je
ogarnąć. Obiecawszy sobie powrót do Wiednia w niedalekiej przyszłości
wyjechałem na A1. Pogoda wyśmienita. Słońce, prześwitujące zza kłębiastych
chmur, co i rusz świeciło w oczy. Było już po południu i jadąc autostradą na
zachód nieco przeszkadzało w prowadzeniu. Przeszkadzały także trochę
wszechobecne autokary i tiry, które jednak w odróżnieniu od tych polskich
jechały zawsze w taki sposób, aby maksymalnie ułatwić innym podróżowanie.
Wyprzedzanie w odpowiedniej odległości, zjazd przede mnie daleko z przodu,
jakby kierowcy dużo wiedzieli o pędzie powietrza, który wiozą ze sobą.
Prędkość podróżna w granicach 80-90 km/h i długie proste na tym odcinku na
dłuższą metę były dość nużące. Na krótkim postoju położyłem się na trawie i
patrząc w niebo odpoczywałem dłuższą chwilę. Po zastanowieniu, wcześniejszy
pomysł o dojechaniu tego dnia do Włoch uznałem za całkowicie niedorzeczny.
Samotnie, bez konkretnego celu, w mojej sytuacji zwyczajnie nie dałbym rady
doturlać się pewnie nawet do Salzburga. A jeszcze planować powrót i to
wszystko w tydzień od wyruszenia z domu.
Uznałem, że czas wybrać się w Alpy i to najlepiej dzikie. Wskoczywszy
ochoczo na rumaka ujechałem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, minąłem miasto
St.Polten i w okolicy miejscowości Ybbs wybrałem czerwoną drogę nr 25,
prowadzącą w lewo, na południe, dokładnie w kierunku gór. Spodziewając się
braku paliwa wysoko w górach, zatankowałem na pierwszej napotkanej stacji.
Życzliwe uśmiechy ze strony obsługi dodały mi otuchy. Wjechawszy w wysokie
góry stwierdziłem, że szybciej niż na równinie zaczyna się tu zmierzchać.
Zacząłem rozglądać się za jakimś noclegiem, przygotowawszy się psychicznie
na spędzenie nocki pod namiotem. Nie miałem złudzeń, że mijane gasthausy
przyjmą zdrożonego wędrowca zadowalając się jedynie skromnym datkiem. A na
wydatek większy niż 10 Euro za nockę nie było mnie stać. Kierując się cały
czas na południe cieszyłem oczy przepięknymi widokami. Te wielkie góry,
ostre szczyty, zgrabnie położone u ich podnóży urocze miasteczka i
wioseczki, płynące ostrym nurtem górskie potoki, oraz mijane co chwila
architektoniczne ciekawostki, naprawdę budziły wspaniałe odczucia. Wijąca
się wśród tych rozkosznych miejsc, równa jak stół i świetnie utrzymana
droga, zdawała się zachęcać do szybszego pokonywania zakrętów, głębszego
pochylenia w łagodnych łukach i odkręcania na dłuższych prostych. W jednej z
mijanych wiosek, na specyficznie wypukłym, niewielkim mostku nad jedną z
rzeczek, zauważyłem dużą rzeźbioną postać Jezusa Chrystusa, przy której
pomodliłem się chwilę, w innym miejscu skały niemal zwieszały się nad szosą,
a w jeszcze innym droga prowadziła przez świetne widokowo strome serpentyny.
Wrażeń było naprawdę mnóstwo, a większość z nich jest trudna do opisania. Do
tego ten intensywny zapach gór. Czyste górskie powietrze, zimne i ożywcze,
tak bardzo różniło się od tego, które jeszcze godzinę wcześniej wdychałem na
rozgrzanej autostradzie. Naprawdę warto było tutaj przyjechać. Niestety w
pewnym momencie nieco przeszarżowałem i o mały włos a, urzeczony pięknem
okolicy, wyjechałbym poza drogę. Na chwilę uśpiona czujność i nieszczęście
blisko. Za późno zredukowałem prędkość przy wejściu w prawy zakręt na ostrym
zjeździe, co zaowocowało gwałtownym hamowaniem, szybką redukcją biegu i
mocnym przysiadem całego sprzętu, połączonym z lekkim uślizgiem tylnego
koła. Całe szczęście udało się wyjść z opresji, szczególnie że hamulec
przedni DragStara ledwo dawał sobie radę w tej górzystej okolicy, a tylni
blokował się przy lada okazji.
Po tym zdarzeniu zatrzymałem się obok przydrożnej chatki żeby ochłonąć i
przestudiować mapę. W chatce mieściła się pizzeria, więc pozostałem tam na
obiad i zamówiłem pachnący złocisty miejscowy specjał. Pizze wypiekano
ręcznie w dużym piecu i pewnie dlatego jej smak był tak wyrazisty. Zupełnie
nie przypominała ciasta, jakie znamy z naszych rodzimych pizzerii. Gdy
zbierałem się do odjazdu, zatrzymało się tam auto na polskich numerach.
Naprawdę przyjemnie było przez chwilę porozmawiać po polsku.
Było już dość późno, więc jako cel obrałem najbliższy kemping, wg mapy
zlokalizowany przy miasteczku o wiele mówiącej nazwie Wildalpen. Chciałem
dzikie Alpy, to będę je miał, myślałem sobie. Z czerwonej drogi nr 25
skręciłem w lewo w żółtą drogę nr 24 i po kolejnych kilkunastu kilometrach
pięknej widokowo szosy, wijącej się malowniczo wzdłuż rzeki Salza, minąłem
wreszcie tablicę graniczną poszukiwanego miasteczka. Wildalpen jest typową
górską miejscowością, nastawioną głównie na turystykę. Rzeka Salza, która
przez nią przepływa, jest w istocie dość szerokim wysokogórskim potokiem o
bardzo silnym nurcie, na którym w lecie wydaje się skupiać uwaga bodaj
wszystkich okolicznych rafterów. Przynajmniej gdy zajechałem na docelowy
kemping, zlokalizowany nieco poniżej miejscowości, na drugim brzegu rzeki,
cały okoliczny teren zastawiony był pontonami i kajakami wszelkiej maści. Do
tego dużo przyczep kempingowych i namiotów, trochę aut i... żadnego
motocykla. Przechadzający się tu i ówdzie dobrze zbudowani osobnicy zdawali
się dopiero co wysiąść z kajaka. Porozwieszane na linkach nad rzeką kolorowe
tyczki zdradzały od razu swoje przeznaczenie. Od razu po przyjeździe rzuca
się w oczy całkowity brak ogrodzeń, terenu nikt nie pilnuje, nawet pomimo
tego, że leży przy samym lesie i na uboczu osady. Oprócz tego sprzęt
sportowy i kempingowy, z którego ludzie korzystają, zalega wokół bez dozoru,
nawet później w nocy nikt tego do przyczep nie chowa. Ciekawie to wygląda,
szczególnie dla kogoś z Polski, przyzwyczajonego do lepkich rąk swych
pobratymców i kilometrów płotów z zasiekami.
Zapłaciwszy miłej pani z góry 6,10 Euro/dobę za siebie, motocykl i namiot,
zabrałem się za rozstawianie brezentowej chatki na trawiastym skrawku pola.
Straszliwy huk od znajdującego się nieopodal wodospadu towarzyszył mi już do
końca pobytu na kempingu. Z jednej strony trudno było przy nim zasnąć, a z
drugiej jak już się zasnęło, to pomagał mocno spać. Motocykl, przytroczony
blokadą do drewnianego słupka parkingowego, był chyba jedynym zamkniętym w
ten sposób sprzętem w okolicy i byłem niemal pewien, że widzący samą
operację Austriacy kręcą głową z niedowierzaniem. Wolałem nie ryzykować, w
myśl powiedzenia, że licho nie śpi. Przed snem przespacerowałem się jeszcze
po okolicy, konstatując z niemym zachwytem pobliskie szczyty, niemal
dwutysięcznej wysokości. Chciałbym w tym miejscu nadmienić, że góry
znajdujące się blisko Wildalpen są bardzo okazałe. Riegerin posiada wysokość
1939 m., a Krauterin 1920 m. Na części z wierzchołków śnieg leży także w
lecie, a temperatura na wysokogórskich drogach spada do kilku stopni. Tak
jak w okolicy Wiednia było dość upalnie, tak jadąc na drugi dzień nieco
wyżej, niż położone jest Wildalpen, zakutany w najgrubsze ciuchy, było mi
zwyczajnie zimno. Z pewnością w tych górach są szczyty jeszcze wyższe,
warunki o wiele trudniejsze, a widoki jeszcze piękniejsze, choćby
niebezpieczna droga na osławiony szczyt Glosglockner, na który moim sprzętem
obawiałbym się wjechać, ale ja widziałem austriackie Alpy po raz pierwszy i
wystarczały mi te widoki w zupełności.
Wróciwszy do namiotu, ukojony szumem wody, po chwili zasnąłem.
Dzień czwarty - wtorek
Obudziłem się wypoczęty. O dziwo poduszka, zrobiona naprędce z motocyklowej
kurtki i bluzy, pozwoliła mi się całkiem nieźle wyspać. Może rzeczywiście
zadziałała siła głosu wodospadu. W każdym razie czas było się zbierać.
Wyszedłem z namiotu, a tu mżawka. Nieco podłamany załamaniem się tak dotąd
fajnej pogody, zacząłem dumać nad planem. Na szczęście deszczyk ledwie
siąpił i to nie aż tak, by bardzo zmoczyć namiot. Powziąłem decyzję o
ucieczce w inne miejsce, gdzie jest więcej słońca i gdzie namiot szybko
wyschnie. Wziąłem szybki prysznic, obsługując stary jak świat mechanizm
dozownika ciepłej wody i płacąc za to całe 2 Euro. Pomyślałem, że ten sprzęt
myjący mógł pamiętać czasy Austro-Węgier, tak niespotykany miał wygląd. Na
czczo, bo zapomniałem poprzedniego dnia zrobić zakupy, spakowałem klamoty,
upakowałem i pożegnawszy gościnny kemping przeniosłem się do miasteczka. W
pierwszej napotkanej kawiarence, która okazała się dość okazałym gasthausem,
zjadłem na tarasie pyszne śniadanie, składające się z miejscowych specjałów
i wybornej herbaty. W trakcie posiłku nadjechało stado motocykli,
kilkanaście sztuk. Ich właściciele, pozostawiwszy rumaki wraz z kaskami na
parkingu, weszli do kawiarni, zupełnie nie przejmując się dozorem nad
pozostawionymi sprzętami. Każdy z przybyłych mruknął w moim kierunku coś w
rodzaju powitania, ja odpowiadałem i przyznaję, że było to bardzo miłe. W
tym też momencie dotarło wreszcie do mnie, co oznacza ten austriacki raj.
Motocykle drogie i bardzo drogie, kaski, których nikt nie pilnuje, sprzęty
do raftingu pozostawione na skraju lasu kompletnie bez dozoru. To zupełnie
inna mentalność, inni ludzie i ich potrzeby. Tu nie kradnie się tak jak u
nas, okazja nie czyni złodzieja, a drogi kask nie stanowi dla nikogo
przedmiotu pożądania. Świadomość tego u ludzi musi być ogromna, skoro
postępują w tak beztroski, z naszego punktu widzenia, sposób. W tamtym
momencie, podczas śniadania, zrobiło mi się autentycznie żal, że już wkrótce
wyjadę z tego wspaniałego kraju, wrócę do szarej rzeczywistości ogrodzeń,
zasieków i siatek pod napięciem, że schowam motocykl głęboko do garażu i
zablokuję jak tylko się da. Potem będę drżał, czy aby ktoś w centrum miasta
nie wybije mi w aucie szyby, bo spodobały mu się pozostawione w środku
skórzane rękawiczki.
Tymczasem dojadłszy do końca pożegnałem miasteczko Wildalpen i powoli
zacząłem turlać się w kierunku Wiednia. Przynajmniej teoretycznie w tym
kierunku, bo górskie serpentyny skręcały to w prawo, to w lewo czy pod kątem
180 stopni. Wciąż byłem pod wrażeniem wspaniałej jakości austriackich dróg,
jakości asfaltu, gwarantującego świetną przyczepność i krótką drogę
hamowania, a także oznakowania poziomego i pionowego. Czy to w mieście czy
na głębokiej prowincji, jakość dróg była wszędzie podobnie doskonała. W
osłupienie wprawił mnie widok błyszczącego czerwonego Ferrari, sunącego
wolno górską serpentyną koło jednej z wiosek. Takie auto w Polsce zawisłoby
na pierwszym przejeździe kolejowym albo wystającej z drogi studzience i to w
mieście, bo o prowincji to już lepiej w ogóle nie wspominać. Drugą
ciekawostką były małe, na oko dwuosobowe, sympatycznie wyglądające autka,
poruszające się po górach z maksymalną prędkością 50 km/h. Taką okrągłą
plakietkę miały wszystkie z tyłu i przyznaję, że jechały przynajmniej dwa
razy wolniej.
Do mijanych widoków zdążyłem się już nieco przyzwyczaić, choć majestatyczne
góry stale zaskakiwały mnie mnogością różnic, jakie można było w nich
wychwycić. Droga bardzo często przechodziła przez krótkie, czasem
kilkudziesięciometrowe, a czasem dłuższe, tunele i to niekoniecznie pod
górami (zdarzały się i takie, liczące kilka kilometrów), a po ich bokach.
Zupełnie jakby budowniczym nie chciało się nadkładać drogi, obejmując nimi
zgrabnie zbocza, tylko przecinali góry w miejscach, które uznali za
stosowne. Kładąc motorek w kolejne winkle i mijając tunel za tunelem, potok
za potokiem, wdychając czyste, rześkie powietrze i słuchając szumu wiatru,
miałem chęć zastanowić się nad sensem tworzenia, celem życia i drogą, którą
powinienem pójść. Te okolice wydają się do takich przemyśleń wprost idealne.
Mijające mnie coraz częściej szybkie sportowe motocykle zdradzały, że
zbliżam się nieubłaganie do nieco szybszych arterii. Pogoda zaczynała coraz
bardziej nieprzyjemnie dawać o sobie znać, z początkowej mżawki zrobił się
regularny deszcz, a zasnute ciężkimi chmurami niebo nie rokowało pomyślnie
na dalszą część urlopu. Podejrzewając nadciągający front i biorąc ten deszcz
za jego pierwsze oznaki, zdecydowałem się na jak najszybszą ucieczkę z gór i
powrót do Wiednia. Drogą nr 23 wjechałem na autostradę przy Semmering
Kurort. W tym miejscu zastałem znów intensywne roboty drogowe, co przy
lejących się z nieba strugach deszczu tylko opóźniało podróż. Na szczęście
drogowskazy i połączenia były przez drogowców tak dobrze zorganizowane, że
nie napotkałem żadnych korków. Wmieszawszy się w sznur pojazdów, wśród
których było całkiem sporo innych motocykli, wolnym tempem posuwałem się w
kierunku północno-wschodnim. Po kilkudziesięciu kilometrach spędzonych w
deszczu, szczęśliwie wciąż o suchych butach i ciuchach, skutecznie
chronionych przez przeciwdeszczowe wdzianko, wyjechałem nareszcie na
równinę, zostawiając daleko za sobą góry i wiszącą nad nimi wielką połać
ciemnych chmur. Widok ten był zaiste nieziemski. Zatrzymałem się na
pierwszej stacji paliw, aby zatankować (swoją drogą dużo było tam
Japończyków, swoim zwyczajem pstrykających zdjęcia gdzie popadnie, mi
zresztą też), a przy okazji zjeść coś i obejrzeć ciekawe zjawisko na niebie.
Cała przestrzeń na wschodzie wypełniona była zwalistymi ciemnymi obłokami.
Zdawały się zawisać nad szczytami gór jak stado wielkich sępów, trzymających
się uparcie swej zdobyczy. Ciekawe, że pasmo chmur deszczowych zdawało się
nie wychodzić poza granicę gór. Cieszyłem się ogromnie, że na czas opuściłem
gościnne Wildalpen. Kto wie, co bym zrobił, gdyby takie opady zastały mnie
wtedy z samego rana na kempingu.
Pojawiające się daleko na północnym-wschodzie skrawki niebieskiego nieba
zdradzały pożądany kierunek. Do Wiednia podróżowałem już wyłącznie wygodną
autostradą A2. Na rogatkach nieco się pogubiłem i zmyliłem drogę, kierując
się w stronę autostrady A4, tymczasem miałem zamiar przejechać znów przez
Wiedeń, tym razem z południa na północ i podążyć drogą nr E461 (7) w
kierunku Brna. Po odnalezieniu właściwej drogi utknąłem w sznurku aut
wjeżdżających do stolicy. Musiałem chyba ciekawie wyglądać, niemal
dwumetrowy jegomość, szczelnie opatulony w przeciwdeszczowe wdzianko,
odblaskową żółtą kamizelkę z dużym logo SMP i maskę zakrywającą twarz, w
kasku jet, na "małym" DragStarze załadowanym bambetlami w połatanym worku.
Dość, że jadący w pewnym momencie obok mnie terenowym jeepem osobnik,
mijając mnie po prawej stronie wystawił dłoń z uniesionym do góry kciukiem.
Życzliwy uśmiech na jego twarzy został odwzajemniony, niestety maska na
twarzy nie pozwoliła mi uzewnętrznić uczuć. Pozdrowiłem więc go tylko
uniesioną dłonią i jeep potoczył się dalej.
Przejechałem przez Wiedeń korzystając z dróg szybkiego ruchu. Zatrzymałem
się tylko raz na stacji paliw, kupując trochę słodyczy i napój energetyczny.
Zdjąłem też zestaw przeciwdeszczowy, jako że niebo już się wypogodziło i nie
zapowiadało się na dalsze opady. Jadąc na północ dość wąską, jednopasmową
drogą w pewnym momencie zauważyłem, że się zgubiłem. Nie mogłem znaleźć na
mapie swojej pozycji ani jakiegoś punktu odniesienia. Zdezorientowany, na
światłach podjechałem do jakiejś limuzyny i zagadnąłem o drogę siedzącego w
środku starszego jegomościa we fraku. Droga była właściwa, jak się okazało,
brak tylko na niej drogowskazów. A że prowadziła poza uczęszczane przez
turystów szlaki, więc i nie była ani zbyt szeroka ani okazała. Wkrótce też
wyjechałem poza rogatki Wiednia, żegnając się w duchu z tym pięknym miastem.
Podążając dalej na północ, zacząłem szukać noclegu. Jakiś kameralny kemping
nad jeziorkiem byłby w sam raz.
Było już dość późno, a słońce chyliło się ku zachodowi, gdy dotarłem do
miasteczka Poysdorf, kilka kilometrów od granicy z Czechami. Zauważyłem
drogowskaz wiodący do miejskiego ośrodka wypoczynku, którym okazał się mały,
kameralny kemping nad niewielkim jeziorkiem, ze znajdującą się nieopodal
stołówką, a raczej kawiarenką i klubem dla miejscowej ludności. Dokładnie
tego szukałem. Szczęśliwy zaparkowałem motocykl i poszedłem rozmówić się z
gospodarzem. Po ustaleniu ceny za nocleg i znalezieniu odpowiedniego
miejsca, obejrzałem sobie miejsce. Kemping na mniej więcej kilkanaście
dużych całorocznych przyczep kempingowych, do tego trochę trawiastych
zakątków dla sezonowych namiotów i przyjezdnych przyczep. Teren mały,
zamykany na noc, z sanitariatem i prysznicem w kontenerze towarowym - o
dziwo wewnątrz urządzonym jak w lepszym motelu. Ogólnie kemping poleciłbym
przejeżdżającym tędy motocyklistom, właśnie ze względu na jego rozmiary,
niskie ceny i obecność jadalni, a także bliskość granicy i samej stolicy
Austrii. Z pewnością miejsce doskonałe na szybki nocleg w trasie. Pewną
ciekawostką, a może niedogodnością jest, że szpakowaty jegomość - dozorca
terenu i mieszkaniec jednej z przyczep, miał na naczepce swego auta wielką
stalową skrzynię, a w niej, jak się później przekonałem, wielkiego szarego
psa o wyglądzie wilczyska z sennych koszmarów. Naprawdę wielka bestia o
oczach świecących jak dwie lampy, aż ciarki człowieka po plecach przechodzą.
Tego dnia udało mi się jeszcze, pomimo późnej pory, zdobyć z kawiarenki
trochę pożywienia, niestety na kolacje nie było już czasu i lokal został
zamknięty. Po trudach dnia, ale bogatszy o sporą dawkę wrażeń, zasypiałem
wsłuchując się w panująca wokół ciszę.
Dzień piąty - środa
Urocza, niewielka miejscowość Poysdorf, na oko niewiele mniejsza od polskiej
Góry Kalwarii, bierze udział w lokalnym cyklu imprez, zwanych tygodniami
degustacji wina (Weindegustations-wochen). Można wtedy poznać wrodzoną
gościnność austriackiej prowincji, która zaprasza miłośników wina na
tradycyjne degustacje tego szlachetnego trunku. Od kwietnia do września
poszczególne punkty w mieście kolejno przez tydzień oferują sprawdzanie
smaku różnych winnych specjałów, przy czym ze specjalnej ulotki można się
dowiedzieć, kto i na jakiej ulicy w danym tygodniu zaprasza na kieliszek. Są
to zarówno winiarnie jak i zwykli obywatele. Dodatkowo co jakiś czas miasto
organizuje festyny, w rodzaju Poysdorfer Weinparade czy Winzerfest. Bardzo
miła tradycja. Przyznaję jednocześnie, że jako abstynentowi nie dane było mi
skorzystać z tych atrakcji.
Środa od rana zapowiadała się pięknie; grzejące miło słońce, temperatura
około 25 stopni, przesuwające się po niebie większe lub mniejsze skupiska
chmur. Postanowiłem wyrwać jeden dzień na objazd okolicy i powrócić na noc
do Poysdorfu. W podjęciu decyzji pomógł bardzo lokalny periodyk o nazwie
Weinviertel Freizeit Journal, prezentujący m.in. dokładną mapę okolicznego
terenu "winnej krainy", która rozciąga się od granicy ze Słowacją, aż po
miasta Krems i Horn. Na mapie zaznaczone są wszystkie lokalne zabytki,
zarówno okazałe zamki i pałace, jak i ruiny tychże. Jest ich tutaj tak
wiele, że jeden dzień na zwiedzenie wszystkich to zdecydowanie za mało. W
gazetce, oprócz wiadomości o zbliżającym się zlocie miłośników samochodów
Lamborghini, trafiłem też na arcyciekawą informację. Otóż w położonym na
zachód miasteczku Eggenburg znajduje się muzeum motocykli. Ponoć świetnie
zaopatrzone i czynne o ludzkich godzinach. Będąc tak blisko po prostu nie
mogłem go nie odwiedzić. Z mapy wynikało, że po drodze zaliczyć można kilka
zabytkowych zamków. Czym prędzej więc, zostawiwszy namiot i bambetle w
obozie, wyruszyłem na spotkanie z przygodą. Już na początku wycieczki zapał
ostudził mi przelotny deszcz. Był na tyle krótki, że jezdnia błyskawicznie
wyschła, a po chwili znów wyjrzało słońce. Kontynuując podróż rozkoszowałem
się porannym lekkim wiatrem i świetnie utrzymanymi lokalnymi drogami. Tocząc
się powoli przez pola i lasy, mijając wsie i samotne zabudowania,
wypatrywałem zamku lub pałacu, przy którym mógłbym się zatrzymać i go
obejrzeć. Okazja nadarzyła się dopiero w okolicy miasta Laa, następnie w
Seefeld (blisko czeskiej granicy), Mailberg i Gunthersdorf. Każdy z
oglądanych zamków prezentował swój osobny styl, ale wszystkie były w dobrym
stanie i sprawiały naprawdę świetne wrażenie. Śmigając po drogach drugiej
kategorii, lokalnych rolniczych, ale płaskich jak stół, po których jak mówił
przewodnik świetnie podróżuje się też rowerem, powoli zbliżałem się do
Eggenburga. Pogoda nadal sprzyjała, dość silny wiatr wiejący na polach,
także na niebie przeganiał dość nisko lecące obłoki. Na rogatkach miasta
pogubiłem się. Zamiast skręcić w lewo, skręciłem w prawo i musiałem pytać o
drogę. Sympatycznie wyglądająca pani pokazała mi jak najszybciej dojechać do
muzeum i już za kilka minut meldowałem się u bramy.
Muzeum motocykli w Eggenburg wygląda z zewnątrz jak duży folwark, ale jest
raczej skryte w innych zabudowaniach i bez pytania o drogę raczej trudno
trafić. Na dziedzińcu stały pokaźnych rozmiarów stare maszyny. Zaparkowałem
motocykl, nałożyłem blokadę i z duszą na ramieniu (z obawy o sprzęta)
wszedłem do środka. Po wykupieniu biletu za 5 Euro przestąpiłem próg
prawdziwej skarbnicy wiedzy. Przodkowie współczesnych maszyn niemal na
wyciągnięcie ręki. Niemal, gdyż motocykle stały odgrodzone barierkami, za
które nie było można wejść. Wszystkie były jednak dokładnie opisane, a
ponadto odpowiednio pogrupowane. Zaraz przy wejściu umieszczono pokaźną
kolekcję dawnych BMW, modele zarówno z początku ubiegłego wieku, jak i
młodsze. Obejrzeć można też było bogatą kolekcję jednośladów Vespa i Puch (z
kompletnie obudowanym prototypem, przypominającym pojazd kosmiczny, który
swego czasu pobił ponoć rekord prędkości), skuter KTM Mirabell z 1957 r.,
przedziwną trzyosobową dwukółkę Bohmerland 600 z 1929 r. - ponoć najdłuższy
seryjnie produkowany motocykl na świecie, sześciocylindrowy Benelli 750 z
1974 r, czy Heimann 750 z 1929 r, wyposażony w dziwaczną kierownicę. W
rzędzie i na półkach stały różne modele Nortonów, Harleye, BSA, Coventry
Eagle, Douglasy. W osobnym pomieszczeniu - rocznicowa wystawa Jawy. Były też
pojazdy o nazwach dla mnie zupełnie egzotycznych, oraz kilka współczesnych
maszyn japońskich i włoskich z lat 70' i 80', zapewne jako przeciwwaga dla
zgromadzonych staroci. Muzeum zgromadziło też pokaźny zbiór starych rowerów.
Przyznaję, że wszystkie prezentowane staruszki wyglądały jakby dopiero
wyjechały z fabryki. Stojące obok nich manekiny nosiły ubiór z epoki. Cała
kolekcja stanowiła naprawdę porządny przekrój dawnej dwukołowej motoryzacji.
Dla mnie, laika w temacie weteranów, prezentowane modele po prostu pięknie
wyglądały, a ich różnorodność uzmysłowiła mi, jak wiele różnych konstrukcji
wytworzono na przestrzeni kolejnych dekad. Znawców dawnej motoryzacji z
pewnością zainteresowałyby bardziej techniczne aspekty maszyn. Szczerze
zachęcam do odwiedzenia tego muzeum i zapoznania się z jego zbiorami.
Eggenburg znajduje się w odległości zaledwie jednego dnia drogi z Polski, a
miejscowe widoki z pewnością zrekompensują trudy podróży.
Po tej pouczającej przechadzce czas było wracać. W drodze powrotnej do
Poysdorfu przejeżdżałem przez miejscowości Maissau, Hollabrunn i Mistelbach.
Przy tej trasie zlokalizowanych jest kilka ciekawych wizualnie zamków, z
których każdy z pewnością stanowi odrębną historię. Nie miałem już zbyt
wiele czasu na zwiedzanie, więc zwalniając jedynie taksowałem je wzrokiem z
oddali. Zatrzymałem się jednak w jednej wiosce, w której na wysokim
wzniesieniu znajdował się sporych rozmiarów kościół. Stał na wzgórzu,
górującym nad okolicą, w której dominującym elementem były pola uprawne i
winnice. Wyglądał pięknie, tak majestatycznie i dostojnie, a jednocześnie ze
wzgórza rozciągał się piękny widok na cztery strony świata. Podobne wzgórze,
tyle że z ruinami zamku, widziałem też wcześniej w tej okolicy, mijając
jedno z miasteczek. Wyglądało równie ciekawie. Wokół tylko pola, a w środku
jedno wzgórze, wokół którego zbudowano miasteczko, a na szczycie zamek.
Udało mi się je uwiecznić na zdjęciu.
Po powrocie do Poysdorfu, skonstatowałem tylko obecność nowych turystów obok
mojego namiotu, zjadłem kolację w kawiarence i zasnąłem, bogatszy znów o
nowy zestaw wrażeń.
Dzień szósty - czwartek
Obudziłem się z mocnym postanowieniem powrotu do domu. Od kilku dni
słyszałem tylko szwargotanie, szum wiatru i odgłos motocyklowego silnika.
Jakkolwiek z jednej strony było to bardzo przyjemne, tak najzwyczajniej w
świecie zaczynała mi doskwierać samotność. Brak kogoś obok, do kogo mógłbym
się po polsku zwrócić i usłyszeć odpowiedź. Zachciało mi się wracać tym
bardziej, że uznałem, że większość ciekawostek, które mogłem z siodła
motocykla obejrzeć w tej części świata, już obejrzałem, a na więcej wrażeń
nie pozwala ograniczona ilość czasu. Czekała mnie teraz podróż na północ,
przez Czechy, gdzie szczerze mówiąc nie spodziewałem się znaleźć wiele
miejsc wartych obejrzenia. Po sutym śniadaniu, dokładnie w południe
wyruszyłem w stronę granicy. W miejscowości Mikulov pożegnałem gościnną
Austrię, obiecując sobie powrót, gdy tylko okoliczności znów na to pozwolą.
Wjechawszy na południe Czech od razu zauważyłem różnice z południowym
sąsiadem, zarówno w miastach jak i na drogach. Jakkolwiek drogi są o wiele
lepsze od naszych, niemal dorównujące austrackim, tak zabudowania już o
wiele biedniejsze, ludzie jakby bardziej zgarbieni, więcej aut starszego
rodowodu. Szczególnie na prowincji, bo przybliżając się coraz bardziej do
Brna te różnice zacierały się szybciej. Szybko przejechałem miasto,
korzystając z wygodnej obwodnicy w kierunku Olomouca. Krajobrazy
industrialne były jakieś takie szaro-bure, bardzo podobne do tych z Polski,
więc skupiłem się na drodze i bacznym wypatrywaniu znaków. Dobrą jakościowo
drogą szybkiego ruchu dojechałem dość szybko do miejscowości Prostejov,
następnie chcąc zjechać z głównej arterii i zobaczyć trochę więcej zieleni,
skręciłem w czerwoną drogę na Prerov. Na jednej ze stacji zatankowałem do
pełna stwierdzając, że koszt paliwa jest zbliżony Polski. Podjadłem też
batonem i napojem energetycznym, czując już pewne osłabienie. Na
porządniejszy posiłek nie chciałem się jeszcze zatrzymywać, chcąc
wykorzystać jak najwięcej dobrej pogody na jazdę. Kolejne mijane miasta to
Lipnik, Novy Jicin i Frydek-Mistek. Stąd był już tylko rzut beretem do
polskiej granicy. Na granicy meldowałem się zarówno z uczuciem ulgi jak i
żalu. Żal było wracać do zwykłych codziennych spraw, pozostawiając za sobą
tyle ciekawych rzeczy. Ulgę czułem, słysząc rodzimy język i mając
świadomość, że już niedługo zobaczę rodzinę. Wprawdzie granicę w Cieszynie
przekraczałem późnym popołudniem, ale słońce stało jeszcze dość wysoko na
niebie. Postanowiłem więc nie nękać już mojej rodziny w Bielsku, tylko od
razu skierowałem się na trasę katowicką do Warszawy. Monotonna jazda
krajowymi nierównymi drogami, do tego naprawianymi na dłuższych odcinkach,
była naprawdę męcząca. Szczęśliwie dobrze zachowane lub odremontowane
odcinki pozwalały się odprężyć i zobaczyć co nieco otoczenia. Dość szybko
zapadł zmierzch. Na drogach Słowacji, Czech i Austrii nie miałem okazji
podróżować po zmroku, więc nie używałem dodatkowych dwóch świateł
akcesoryjnych w DragStarze. Jednak pamiętając, że w Polsce obowiązuje
znacznie większa ludożerka wśród kierowców, a ponadto ruch tirów jest na
katowickiej bardzo duży, włączyłem dodatkowe światła. Były źle ustawione, bo
rzadko z nich wcześniej korzystałem, a miałem je od niedawna. Jechałem ze
świadomością, że rażą one jadących z przeciwka, jak i mijający też mogą
narzekać. Jadące z przeciwka tiry dość często migały mi długimi. Pocieszałem
się, że oni też na swoich krótkich rażą moje oczy, a ponadto, że moje
bezpieczeństwo warte jest tej ceny, bo jestem lepiej widoczny. W końcu
jednak jeden z tirowców, który chwilę wcześniej minął mnie lewym pasem, na
światłach przed Częstochową wychylił się z szoferki i ostro mi przygadał.
Odpowiedziałem podobnie, choć wiedziałem, że ma poniekąd rację. Sam nie
lubię jak światła jadących z przeciwka lub z tyłu są źle ustawione.
Zatrzymałem się więc na najbliższej stacji, zatankowałem i próbowałem
zmienić ustawienia świateł. Niestety coś poszło nie tak, podczas manipulacji
źle zaizolowany przewód przepalił się, poszedł dym i straciłem jedną lampę.
Wkurzony i mocno już zmęczony długą jazdą, ustawiłem poprawnie drugie
światło i ruszyłem w dalszą drogę. Aż do domu w Warszawie obyło się już bez
przygód i około północy przywitałem sie z rodziną. Tym samym powrót spod
Wiednia zajął mi całe 12 godzin, przeciętna prędkość w trasie wyniosła około
70-80 km/h, a pokonany dystans to około 750 km bez większych przerw.
Podsumowanie
Sześć dni w motocyklowym siodle, dostarczyło naprawdę mnóstwa wrażeń.
Żałuję, że nie wytrzymałem dłużej, ale i nie miałem dość czasu, kończył się
urlop. Z pewnością wyjeżdżając w większej grupie wielu rzeczy bym nie
zobaczył, a tak, podróżując bezstresowo "tam, gdzie oczy poniosą",
zrealizowałem marzenie o takim właśnie wyjeździe i solidnie wypocząłem.
Trasę poleciłbym podobnym motocyklistom - samotnikom, którzy nie lubią
zgiełku dużych miast, zwiedzania zabytków, a skupiają się na spokojnym
pyrkaniu i pięknie mijanych krajobrazów. Jestem świadom, że poruszanie się
bez planowania konkretnego celu czy noclegu, nastawiając się, że jakoś to
będzie, jest dość ryzykowne, szczególnie w obcym kraju. Jednak przekonałem
się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Szczególnie polecam
odwiedzić wspomniane muzeum motocykli w Eggenburgu, rzucić okiem na zamki w
krainie win, a także pośmigać po alpejskich drogach w bliskiej odległości
stolicy Austrii. Wyjazd uświadomił mi, że nie trzeba mieć motocykla
specjalnie przygotowanego do turystyki, aby udała się długa trasa.
DragStar650 o mocy 40KM w zupełności wystarcza, a jego parametry są akuratne
do spokojnego podróżowania w pojedynkę. Żałuję jedynie, że nie zabrałem ze
sobą porządnego aparatu, miałem tylko analogowy i ograniczoną liczbę zdjęć,
więc zrobiłem tylko kilka.
Trasa w liczbach:
Długość całkowita: ok. 2200 km
Ilość zużytego paliwa: ok. 88 litrów (średnie spalanie do 4l/100 km przy 80
km/h)
Całkowity koszt z paliwem: ok. 1.000 zł (+koszt naprawy zepsutej lampy)
Adresy www polecanych miejsc:
Trencin kamping: http://web.viapvt.sk/autocamping.tn/
Wildalpen kamping: http://www.camping-steiermark.at/de/wildalpen/info.htm
Poysdorf kamping: http://members.nanet.at/poysdorf/camping/
Muzeum motocykli: http://www.motorradmuseum.at/
Powyższy opis trasy z sezonu 2004 przygotowałem dopiero w 2007 r., więc
niektóre szczegóły mogły mi umknąć ;o).
--
Pozdrawiam
Tomek Placzke
Yamaha 4VR:)
Warszawka
-
Re: [Turystyka] opis wycieczki do | KJ_Siła_Słów <kj@noway.com>
Sauron11 wrote:
> Aha, Świat Motocykli
> wzgardził moją relacją z powodu niedopasowania do wymaganej długości tekstu,
> a mi się nie chciało tego skracać ;o).
Wiesz co ? Tym razem mieli racje. Za dlugie to jest, naprawde. A styl
momentami ma swoj urok, momentami na odwrot, co wiecej ta gorsza czesc
jest na poczatku.
> Nie spotkałem się tutaj z
> drapieżnym stylem jazdy, tak typowym dla Polaków. Wszyscy poruszają się z
> najwyższą ostrożnością, szanując innych kierowców, ustępując drogi i
> stosując się do ograniczeń prędkości.
jakbys trafil na korek w tamtym miejscu to bys zobaczyl, ze Polak,
Austriak w korku to taka sama frustracja.
KJ
-
Re: [Turystyka] opis wycieczki do Austrii (długi | "A-Geo" <noname@noname.pl>
Użytkownik "KJ Siła Słów" napisał w wiadomości
news:fj6atr$9an$1@mx1.internetia.pl...
Sauron11 wrote:
> Aha, Świat Motocykli wzgardził moją relacją z powodu niedopasowania do
> wymaganej długości tekstu, a mi się nie chciało tego skracać ;o).
>Wiesz co ? Tym razem mieli racje. Za dlugie to jest, naprawde. A styl
>momentami ma swoj urok, momentami na odwrot, co wiecej ta gorsza czesc jest
>na poczatku.
A mnie sie podobalo :) Przeczytalam cale. Gratuluje i zazdroszcze
wycieczki...
Brakowalo mi tylko troche foto-relacji ;)
Pozdrawiam i....oby do wiosny :)
-
Re: [Turystyka] opis wycieczki do Austrii (długie) | "Jacek" <pyteljacek@interia.pl>
Użytkownik "Sauron11" napisał w wiadomości
news:fj692o$l34$1@atlantis.news.tpi.pl...
> Wyjazd z Warszawy około południa. Jako kierunek obrałem południe Polski,
> mając zamiar dojechać do rodziny w Bielsku-Białej i tam zanocować...
I racja - Bielsko-Biała jest fajnym miastem bo tam mieszkam :-) Całkiem
ciekawy opis podróży
Pozdrawiam
Jacek
-
Re: [Turystyka] opis wycieczki do Austrii | Jakub Mikusek <niusy@WYTNIJ.mikusek.org>
On 2007-12-05, Sauron11 wrote:
> Wrzucam opis wycieczki, jaki poczyniłem niedawno głównie po to, aby nie
(...)
Fajna wycieczka :-) Brakuje jakby zdjęć, ale dosyć obrazowo to opisałeś.
:D
Takie pytanie z trochę innej beczki - zauważyłeś różnicę w jeździe na
ichniejszej wasze (Austriackiej na przykład) ? Subiektywnie - na
polskiej benzynie - Orlen, Statoil - mój bimber z trudem bujał się do
160 licznikowych (150 z groszami na GPS) podczas gdy na benzynie w
Niemczech bez trudu szedł 165 "z kawałkiem" licznikowo, a z górki
rozbujałem nawet do 179 (wg GPS - do dziś nie skasowałem wyniku ;))
Pozdrawiam,
Jakub
--
Suzi GN125 - było
Beemer F650GS - jest